#25

Kiedy widzisz odjeżdżającą spod szpitala eNkę i uświadamiasz sobie, że jutro ta sama eNka może przyjechać do Ciebie i Twojego maleństwa, uświadamiasz sobie jak marnie jest z Twoją skorupą dzielnej babki. Wiesz, że jeśli się tak zdarzy, to będzie wyjście najlepsze dla Twojego dziecka, ale czujesz też to, co pewnie czuje w tym momencie matka, która zamknęła drzwi karetki za swoim dwudniowym szkrabem.
W takich chwilach jeszcze mocniej czuję ten ogrom miłości, który we mnie siedzi od kiedy mam dzieci. I ten okropny strach, który już do końca życia będzie mi towarzyszył w każdej chwili.

image

Reklamy
#25

#19

Mimo, że żyjemy w XXI wieku, a macierzyństwo nie jest już (aż tak) rzeczą publiczną, młode matki i tak wpadają pod ostrzał jeśli coś robią inaczej niż należy (czy inaczej niż wszyscy mówią, że tak należy). Najczęściej obrywa nam się za ubiór, metody usypiania i uspokajania oraz sposób karmienia. Bo przecież dobra matka karmi piersią a wyrodna podaje mleko modyfikowane. W tym czarno-białym świecie nie ma matek takich jak ja – karmiących butelką z własnym mlekiem.

Już nie karmię Malucha, ale ten temat mnie prześladuje bo zastanawiam się jak będzie z Anią. I właściwie nie będę płakać, jeśli okaże się że będzie dokładnie jak z Młodym.

Terror karmienia piersią dopadł mnie przez kłopoty okołoporodowe Malucha. Nie mógł być przystawiany do piersi przez kilka pierwszych dni, a jak już nauczył się ssać, traktował to jako fajne hobby, nie formę karmienia. Na szczęście jeszcze w szpitalu trafiłam na niesamowitą położną, która od razu wsadziła mi laktator w rękę i kazała ściągać mleko („nieważne jak podane, skoro masz swoje mleko i chcesz karmić, to dawaj je butlą”). Pani Marysia była jedna, a tych, którzy widzieli w takim sposobie karmienia matczyną porażkę było wielu. Nawet moja Mama, która pewnie nie raz mało nie odgryzła sobie języka hamując się przez rzucaniem „dobrymi radami” (mam farta mieć Mamę z tych, które doradzą dopiero jak się je spyta o poradę, możecie mi zazdrościć) kilka razy zwątpiła w to czy to jest dobry pomysł. Położna środowiskowa na siłę wciskała mi nakładki na sutki. A ja uważałam, że beznadziejna ze mnie matka, zamartwiałam się, umartwiałam, płakałam z Młodym i czułam się fatalnie.

A teraz wiem, że nikt nie miał prawa mnie oceniać. Znam mamy, które czuły się źle karmiąc piersią, lub zwyczajnie tego nie chciały robić i od razu przerzucały się na sztuczne mleko. Znam takie, które doprowadzały swoje piersi do katastrofy walcząc o zassanie piersi i cierpiały przy każdym karmieniu aż do ukończenia przez szkraba roku, bo tak trzeba. I znam siebie, matkę karmiącą inaczej, która po nocach czytała z laktatorem przy piersi, żeby Młody miał śniadanie, obiad i kolację. I każda z nas robiła to dla swoich dzieci. Każda podjęła taką a nie inną decyzję.

Każdy sposób karmienia ma swoje plusy i minusy, każda mama wie co jest najlepsze dla jej szkraba (nawet jak ciocie dobre rady twierdzą inaczej). Ja znalazłam swój złoty środek w kamieniu naturalnie butelką. Udało mi się tak dogadać z produkcją, że ściągałam mleko dwa razy dziennie – wczesnym rankiem i wieczorem przed snem. Pewnie, że produkcja stawiała swoje warunki i jak nie wyrobiłam się na wieczorne ściąganie mleka, to umierałam z bólu piersi, czasem miałam przestoje i walkę o każdy mililitr, ale się nie poddawałam. Do 9 miesiąca Młody pił wyłącznie moje mleko. I jestem dumna z tego, że udało mi się znaleźć wyjście z sytuacji zapowiadającej mini dramat. Gdybym słuchała wszystkich dookoła, gdybym dała się przekonać, że mój sposób karmienia jest beznadziejny, albo płakałabym przy każdym przystawieniu do piersi (i pewnie szybko bym z tego zrezygnowała) albo od początku przeszłabym na mleko modyfikowane.

Nie bójmy się korzystać z wynalazków, które zostały stworzone żeby ułatwiały nam życie. I nie dajmy się przekonać, że tylko to co robiły nasze babcie i mamy, to jedyna słuszna droga na odchowanie super zdrowych i fajnych dzieci. Szukajmy swojej drogi (również tej mlecznej).

jeznat_szama01jeznat_szama02jeznat_szama03

Lubisz Jeża? To daj mu o tym znać i pokaż go innym. Każdy odzew, polubienie czy przesłanie bloga dalej sprawi nam wielką radość.

#19

#12

Ciąża. O ciąży każdy wie wszystko najlepiej, a im mniej brzucha się miało w swoim życiu, tym większą wiedzą się dysponuje. Przecież to jasne. A największymi ekspertami są bezdzietni i samotni mężczyźni, to już w ogóle prawda stara jak świat i nie wiem jak my, matki, możemy stawać wobec niej okoniem. Ale nie o narzekanie mi chodzi, nie dziś. Chodzi mi o to, że nie rozumiem, dlaczego tak wiele osób widząc moje obawy w stanie ciężarówki komentuje to w stylu: „przecież to twoja druga ciąża, czego się boisz?”. No właśnie, tego. Tego, że to moja druga ciąża.

jeznat_placyk01

A ja się boję milion razy mocniej niż w ciąży z Młodym, bo wiem czego mogę się bać. Wiem jakie mogą być komplikacje, jakie niespodziewane sytuacje. Jestem dużo ostrożniejsza, może nie widać tego kiedy szaleje na placu zabaw goniąc po zjeżdżalniach za Młodym, ale nie wsiadłam na konia od kiedy się dowiedziałam o małym lokatorze (w pierwszej ciąży jeździłam do 5. miesiąca), lepiej się odżywiam, śpię ile wlezie (z Młodym do 6. miesiąca z hakiem jeździłam do pracy 95 km w jedną stronę ), nie zaprzątam sobie głowy głupotami. W wielu sprawach mogę liczyć na Seniora, który odciąża mnie w mnóstwie spraw, jedyne o czym bankowo muszę pamiętać, to o sprawdzeniu zapasu mleka i pieluszek, resztą zajmuje się większa połowa naszej rodzicielskości.

Tak jak każde dziecko jest inne, tak samo pewnie jest z ciążami. Moja druga różni się diametralnie od pierwszej. Samopoczucie, tempo rośnięcia i przybierania na wadze, wszystkie okoliczności towarzyszące – wszystko jest inne. Część rozrywek, która mnie ominęła dwa lata temu, dopada mój organizm obecnie. Ale z drugiej strony na razie niewiele muszę zrzucać po ciąży.

jeznat_placyk02

I muszę Wam się do czegoś przyznać: wcale nie tęskniłam za brzuchem. Chciałam drugiego dziecka, to była nasza bardzo świadoma decyzja (co niektórym wydaje się niemożliwym „tak szybko? to chyba wpadka…”), ale nie tęskniłam za dodatkowymi kilogramami, słoniowatym krokiem i całą resztą. I teraz wiem, że nie mam co się bać w przyszłości trzeciej ciąży, bo będzie pewnie jeszcze inna niż te dwie razem wzięte.

Teraz nie mogę wyjść z zachwytu nad kopniakami panny Anny, która rozpoczęła sygnalizowanie książkowo i, jednocześnie, ponad 1,5 miesiąca wcześniej niż jej starszy brat. I cały czas nie do końca wierzę w tę ciążę, szczególnie jak patrzę na wyświetlacz wagi. I boję się dwa razy mocniej, chociaż myślałam, że już bardziej nie można się bać o drugiego człowieka.

 

Dobrnęliście do końca? Będzie mi bardzo miło jeśli podzielicie się naszą stroną z innymi, dacie znać czy się podobało albo zajrzycie na naszego Facebooka (tam dużo więcej Jeża). A najlepiej wszystko razem!

#12

#5

Nie jestem wojującą proszczepionkową wariatką, raczej nie wdaję się w czcze dyskusje z przeciwnikami (którzy zazwyczaj są wojujący).

Na ten temat napisano i powiedziano bardzo dużo, chociaż cały czas nie dość żeby wyjaśnić drugiej stronie swoje racje. Może dlatego, że ciężko dyskutować kiedy w odpowiedzi na racjonalne argumenty poparte faktami dostaje się trudno powiedzieć co. (Jednym z moich ulubionych artykułów na temat szczepień jest wpis u Blog Ojcapolecam Waszej uwadze.)

Jednak dziś po raz kolejny uderzyło mnie jak bardzo ludzie lubią krzykliwe slogany.

Przyjechał do nas miły człowiek, który raz w tygodniu przywozi chleb dla koni, czasem jakieś zboża, jeśli trzeba uzupełnić a nie ma czasu jechać po hurtową ilość. Człowiek typowo tutejszy, góral, który powtarza że lepszy kilogram handlu niż gram pracy. Przyjechał dużo wcześniej niż zwykle, a że mamy Młodego z odczynem poszczepiennym w postaci gorączki i mimo dobrze przespanej nocy przez dziedzica ja spałam słabo, bo co chwilę chodziłam do niego sprawdzić czy się nie pogarsza. Dlatego wychodząc do pana od chleba wyglądałam prawdopodobnie jak obraz nędzy i rozpaczy. Pan zagaił pytając czy się wyspałam, więc powiedziałam że niespecjalnie, bo ten odczyn. I się zaczęło.

Dowiedziałam się, że oni nie szczepią dzieci, już tylu lekarzy nie szczepi (może mi pan podać chociaż jedno nazwisko takiego lekarza? no nie, oni otwarcie się nie przyznają, bo się boją, straciliby kontrakty, wie pani), bo tyle się mówi o skutkach ubocznych (o epidemiach już zapomnieliśmy, to i nie mówimy o zagrożeniach nieszczepienia) i ogólnie jestem średnia w tym moim rodzicielstwie skoro narażam dziecko na taką gorączkę. I po co? Żeby zaszczepić przeciwko czemuś czego cywilizacja już tyle czasu nie widziała (no chyba z jakiegoś powodu nie widziała…).

Odpowiedziałam krótko, że w takim razie jego dzieci są śmiertelnym zagrożeniem dla mojego syna i właściwie dobrze że raczej nie będą się razem bawić.

DSCF5510

Nasz Szkrabson ma niedobory odporności, długo nie mógł się zaszczepić i pewnie gdybyśmy spotkali nieszczepionego kaszlącego kilkulatka w pierwszych miesiącach życia, mogłoby to się różnie skończyć, bo ksztusiec nie jest fajny dla maluchów. Czekaliśmy z zaciśniętymi kciukami na wizytę u lekarza dającego nam dopuszczenie do szczepień, mamy to. I niestety to już drugie szczepienie, na które tak reaguje, ale i tak nie zrezygnujemy z dalszych. Jesteśmy odpowiedzialni za siebie i za innych. Nie wiem czy bym sobie wybaczyła, gdyby z mojego ślepego zapatrzenia w krzykaczy wynikła poważna choroba mojego dziecka. Ok, wiem, nie wybaczyłabym sobie.

Szczepienia to nie jest indywidualne widzimisię rodzica, jak nie podawanie mięsa, wpajanie jakiejś religii czy ćwiczenia kulturystyczne od pierwszego roku życia. Szczepienia, to osiągnięcie cywilizacyjne, z którego powinniśmy czerpać mając w tyle głowy choroby, których dzięki szczepieniom my nie pamiętamy. I to nie jest kwestia chodzenia na spacer, nie sądzę że każdy powinien robić jak chce. Wiem, że gdyby któryś z moich znajomych nie szczepił dzieci, raczej nie bawilibyśmy się na jednym placu zabaw. A przedszkole do którego idziemy od stycznia wybraliśmy między innymi pod względem konieczności posiadania aktualnej książeczki szczepień.

DSCF5360

#5

#1

Są pewne rzeczy, których nikt z nas nie lubi. Nie lubimy niektórych zachowań, nie lubimy złośliwości, nie przepadamy za włażeniem nam w życie bez pytania i za przekraczaniem pewnych granic. Dlaczego tak wielu dorosłych, w lwiej części wykształconych i światłych ludzi, nie przyjmuje do wiadomości, że dzieci też mogą czegoś nie lubić, dokładnie jak my?

Sytuacja z wczoraj: wychodzimy z Młodym z bramy, pomału, jego tempem i już słyszymy że zza rogu zaraz wyjdzie gromada miejscowych pań (tak, tak, TAKICH pań). Młody przystanął żeby poobserwować pochód, kiedy jedna z pań podbiegła do niego i krzycząc (bo dzieci pewnie nie słyszą jak dorośli) mówi do niego:

-dasz mi cześć?

Młody robi unik, chowa się za moimi nogami, ja odpowiadam w jego imieniu, że nie przepada za byciem tykanym przez obcych. Na co pani robi krok do przodu i łapie jego rękę.

Ja zbaraniałam. Gdyby chwyciła moją rękę, najpewniej bym się odwinęła. Chwyciła rękę mojego syna, który się przestraszył, zajęłam się ratowaniem go z niechcianego uchwytu i syknęłam, że on naprawdę nie lubi dotyku obcych rąk.

I to nie była odosobniona sytuacja, znajoma musiała ratować córkę przed wycieraniem buzi śliną zatroskanej starszej pani w centrum handlowym, niejedno dziecko zostało wytarmoszone za policzek czy pomiziane po ręce (i pewnie wiele więcej).

Raz w kolejce w sklepie spytałam panią usiłującą uszczypnąć policzek Młodego, czy sama byłaby zachwycona gdybym to samo zrobiła jej. Usłyszałam „przecież to tylko dziecko”.

Otóż nie, droga pani, to nie tylko dziecko, to mały człowiek, który lubi swoje granice tak samo jak my.

DSCF5557

#1

Nasze życie z Jeżem

Nie mogę powiedzieć, że znam się na byciu mamą, bo jestem nią dopiero od 14 miesięcy. Nie jestem też ekspertem w byciu mieszkańcem wsi z prawdziwego zdarzenia, bo uczę się tego piąty rok i co chwilę coś mnie zaskakuje.

Jestem za to przekonana, że doskonale sprawdzam się w roli mieszczucha wiecznie zaskoczonego życiem w gospodarstwie. I jeśli mam być z Wami szczera, nie mam pojęcia jak się tu odnajduję. Ale się odnajduję. I jest mi tu dobrze.

Dzięki temu, że żyjemy na końcu świata, gdzie nikt nawet nie chce podpiąć normalnego internetu, a najbliższy plac zabaw jest prawie 10 km od nas, moje macierzyństwo jest niesamowicie świadome. I pewnie, że nie raz spotykam się ze spojrzeniami pełnymi konsternacji, kiedy mój rozmówca dowiaduje się że nie chodzę na salsę w chuście i fitness dla mam (może gdybym miała takie rzeczy bliżej niż 45 km od domu, to bym się skusiła 😉 ), za to całe lato spędziliśmy raczkując po pastwisku między naszymi konikami i codziennie chodzimy z Młodym do stajni żeby mógł sam podać zwierzakom sianka, chleba czy marchewki.

Zaczynamy nieperfekcyjny blog nieperfekcyjnej mamy, żony i gospodyni.

 

Nasze życie z Jeżem