#19

Mimo, że żyjemy w XXI wieku, a macierzyństwo nie jest już (aż tak) rzeczą publiczną, młode matki i tak wpadają pod ostrzał jeśli coś robią inaczej niż należy (czy inaczej niż wszyscy mówią, że tak należy). Najczęściej obrywa nam się za ubiór, metody usypiania i uspokajania oraz sposób karmienia. Bo przecież dobra matka karmi piersią a wyrodna podaje mleko modyfikowane. W tym czarno-białym świecie nie ma matek takich jak ja – karmiących butelką z własnym mlekiem.

Już nie karmię Malucha, ale ten temat mnie prześladuje bo zastanawiam się jak będzie z Anią. I właściwie nie będę płakać, jeśli okaże się że będzie dokładnie jak z Młodym.

Terror karmienia piersią dopadł mnie przez kłopoty okołoporodowe Malucha. Nie mógł być przystawiany do piersi przez kilka pierwszych dni, a jak już nauczył się ssać, traktował to jako fajne hobby, nie formę karmienia. Na szczęście jeszcze w szpitalu trafiłam na niesamowitą położną, która od razu wsadziła mi laktator w rękę i kazała ściągać mleko („nieważne jak podane, skoro masz swoje mleko i chcesz karmić, to dawaj je butlą”). Pani Marysia była jedna, a tych, którzy widzieli w takim sposobie karmienia matczyną porażkę było wielu. Nawet moja Mama, która pewnie nie raz mało nie odgryzła sobie języka hamując się przez rzucaniem „dobrymi radami” (mam farta mieć Mamę z tych, które doradzą dopiero jak się je spyta o poradę, możecie mi zazdrościć) kilka razy zwątpiła w to czy to jest dobry pomysł. Położna środowiskowa na siłę wciskała mi nakładki na sutki. A ja uważałam, że beznadziejna ze mnie matka, zamartwiałam się, umartwiałam, płakałam z Młodym i czułam się fatalnie.

A teraz wiem, że nikt nie miał prawa mnie oceniać. Znam mamy, które czuły się źle karmiąc piersią, lub zwyczajnie tego nie chciały robić i od razu przerzucały się na sztuczne mleko. Znam takie, które doprowadzały swoje piersi do katastrofy walcząc o zassanie piersi i cierpiały przy każdym karmieniu aż do ukończenia przez szkraba roku, bo tak trzeba. I znam siebie, matkę karmiącą inaczej, która po nocach czytała z laktatorem przy piersi, żeby Młody miał śniadanie, obiad i kolację. I każda z nas robiła to dla swoich dzieci. Każda podjęła taką a nie inną decyzję.

Każdy sposób karmienia ma swoje plusy i minusy, każda mama wie co jest najlepsze dla jej szkraba (nawet jak ciocie dobre rady twierdzą inaczej). Ja znalazłam swój złoty środek w kamieniu naturalnie butelką. Udało mi się tak dogadać z produkcją, że ściągałam mleko dwa razy dziennie – wczesnym rankiem i wieczorem przed snem. Pewnie, że produkcja stawiała swoje warunki i jak nie wyrobiłam się na wieczorne ściąganie mleka, to umierałam z bólu piersi, czasem miałam przestoje i walkę o każdy mililitr, ale się nie poddawałam. Do 9 miesiąca Młody pił wyłącznie moje mleko. I jestem dumna z tego, że udało mi się znaleźć wyjście z sytuacji zapowiadającej mini dramat. Gdybym słuchała wszystkich dookoła, gdybym dała się przekonać, że mój sposób karmienia jest beznadziejny, albo płakałabym przy każdym przystawieniu do piersi (i pewnie szybko bym z tego zrezygnowała) albo od początku przeszłabym na mleko modyfikowane.

Nie bójmy się korzystać z wynalazków, które zostały stworzone żeby ułatwiały nam życie. I nie dajmy się przekonać, że tylko to co robiły nasze babcie i mamy, to jedyna słuszna droga na odchowanie super zdrowych i fajnych dzieci. Szukajmy swojej drogi (również tej mlecznej).

jeznat_szama01jeznat_szama02jeznat_szama03

Lubisz Jeża? To daj mu o tym znać i pokaż go innym. Każdy odzew, polubienie czy przesłanie bloga dalej sprawi nam wielką radość.

Reklamy
#19

#18

Macierzyństwo jest świetną przygodą. Jest niesamowitym wyzwaniem, fajną zabawą, ale też ciężką pracą. Ostatnio w naszym rankingu mamy dużo ciężkiej pracy. Pewnie, że jest mnóstwo radości i uśmiechu, ale jest ciężej niż rok temu, kiedy Młody zajmował się głównie spaniem, jedzeniem i płakaniem.

jeznat_krk01

Większość moich rówieśników jest z pokolenia wychowywanego twardą ręką. Większość z nas ma wzorce radzenia sobie w trudnych sytuacjach z pomocą ręki (w lżejszych przypadkach) lub pasa (w tych bardziej radykalnych) i krzyku. Patrząc na znajome młode rodziny widzę, też że większość z nas raczej nie ma planu kultywowania tradycji i sięgania po te same rozwiązania. Ale każdy z nas dochodzi w pewnym momencie do etapu w rozwoju naszych maluchów, kiedy zaczyna się wychowanie w pełnym wymiarze i wtedy weryfikujemy nasze przekonania, nauki i to co pamiętamy z własnego dzieciństwa.

My weszliśmy właśnie na ten level. Ten, w którym Młody rozumie bardzo dużo, jeszcze więcej usiłuje przetestować, bada granice i możliwości. Głównie granice ignorowania tego co słyszy. Oczywiście, nie twierdzę że rozumie każdą prośbę czy zakaz. Ale rozumie bardzo dużo. I od kiedy staję na rzęsach żeby nie zwariować, nie rozpuścić wymuszacza i nie popełnić zbyt wielu głupich błędów, coraz częściej myślę o metodach i możliwościach kontrolowania sytuacji.

jeznat_krk02

Jeszcze nie nadszedł moment kiedy mogłoby mi przyjść do głowy strzelenie klapa w pupę czy szarpanie Młodego  i mam nadzieję, że taka myśl nie pojawi się nigdy. Ale obserwując innych rodziców na placach zabaw, w sklepach, w parkach, zupełnie obcych ludzi, widzę że to nadal bywa naturalną koleją rzeczy. Taki łańcuch: maluch chce gdzieś odbiec – szarpnięcie za rękę, maluch płaczem sygnalizuje, że bardzo chce coś zrobić – klaps z komendą „przestań beczeć”, albo też szarpnięcie. Można by tak wymieniać bez końca.

Na początku maja byliśmy w Krakowie na badaniach z Anią. Pogoda nam dopisała, więc cały wolny czas spędziliśmy w sporym parku z kilkoma placami zabaw, fontanną i wielkim trawnikiem. Rano, przed pierwszą moją wizytą u lekarza i odebraniem Babci z dworca (ratowała nam skórę ta nasza Babcia) pojechaliśmy do tego parku zjeść porządne śniadanie. Traf chciał, że eksplorację zaczęliśmy od placu zabaw z drewnianym zamkiem i fontanną. Młody, jak tylko wyczaił fontannę i zobaczył, że można do niej podejść, zaczął łapać tryskające prosto z ziemi strumienie wody. Oczywiście, że było już całkiem ciepło, ja miałam w wózku komplet ciuchów na zmianę (mam zawsze, bo znam mojego syna) i wiedziałam że mogę mu na takie zabawy pozwolić. I oczywiście, że ganiałam tam razem z nim, żeby nie wymyślił ucieczki z terenu placu zabaw (zamykanie bramek nie jest mocną stroną przechodniów) i żeby go ratować jakby się poślizgnął. I oczywiście, że oberwało mi się od przypadkowej babci, która była na porannym spacerze z dwójką wnuków, którzy widząc Młodego biegającego między strumieniami wody, chcieli zrobić dokładnie to samo. Chłopcy byli starsi od Młodego, mówiący, więc możliwy był z nimi konstruktywny dialog. A jednak babcia uznała, że lepiej jest wydać komendę zakazującą zbliżania się do fontanny zabarwioną wizją wymyślnej kary (typu zakaz wychodzenia na plac zabaw, czy coś takiego). Na dokładkę postanowiła skomentować mnie i moją nierozważność lub nawet lekkomyślność.

jeznat_krk03

Obyło się bez szarpania i klapsów, przynajmniej przy mnie, ale i tak dało mi to do myślenia. Chcę być rodzicem, który tłumaczy, rozmawia, pokazuje. Chcę szukać rozwiązań i możliwych kompromisów z moimi dziećmi. Nie chcę ślepo wykorzystywać mojej przewagi, bo jestem starsza, większa i do tego matka. Chcę być takim rodzicem, żebym mogła śmiało powiedzieć „fajnie byłoby być własnym dzieckiem”.

jeznat_krk04

jeznat_krk05

jeznat_krk06

Daj znać czy Ci się podobało, a jeśli tak, to  dziel się naszym blogiem i facebookiem z innymi – to nas motywuje! 

 

#18

#17

Jesteście ciekawi jak wygląda typowy dzień wiejskiej mamy? Ja też, nigdy nie mam dwóch takich samych dni. Ale dla ciekawskich (a słyszałam, że tacy są wśród nas) mogę opowiedzieć o 20. kwietnia. Jeden z tych dni, który zaczął się całkiem podobnie do innych.

Godzina 3.35 – kto, ja pytam poważnie, kto wymyślił budziki? I dlaczego teleport nie działa w realnym świecie? Nieważne, wstajemy, zapalamy najbardziej wkurzające światło w sypialni (bez tego Senior zignoruje budzenie totalnie, bo jego wieczór sprzed kilku godzin był trochę cięższy niż mój. No i on wsiada za kółko, a ja wracam pod kołdrę – z taką świadomością moje wstawanie jest dużo prostsze).

Godzina 4.15 – Senior pojechał, Młody śpi, można iść do stajni. To jeszcze nie czas na końskie śniadania, ale dobrze zerknąć czy któraś mądra głowa nie wyprowadziła się z boksu i nie robi imprezy na salonach. I mamy wczoraj urodzoną owieczkę, mamą jest pierworódka, trzeba skontrolować, czy cyc jest w użyciu, czy może robię za laktator.

Godzina 4.45 – kobieto, kiedy ostatnio pisałaś na blogu? No właśnie. A kiedy zamierzasz to nadrobić? Pora jest idealna. I dobrze zerknąć co u znajomych blogerów, bo w ciągu dnia komputer nie istnieje.

Godzina 5.20 – drzemka. Tak, mamy też chodzą na drzemki. Przynajmniej ja chodzę od kiedy mam drugi brzuch. Pewnie za godzinę się zacznie…

Godzina 6.34 – witaj prawdziwy dniu! Syn najpierw jojczy (naiwny, myśli że ktoś go wyciągnie z łóżeczka), po chwili już słychać tarmoszenie się ze zwierzyńcem, łup-łup stóp o podłogę, chwila ciszy (poranna zbiórka zwierząt) i tupot małych stóp. Najpierw Pojawia się Łoś, Panda, Jura, Jeż, Jeż Junior i Słoń, następnie widzę czuprynę Potwora, później nic nie widzę, bo zwierzęta lądują na mojej głowie, a Młody idzie do okna balkonowego zobaczyć czy świat istnieje. Dziś była wersja spokojna, świat stał na miejscu, Młody przyszedł się przytulić, dostał poranną butlę z mlekiem i pozwolił mamie jeszcze poleżeć. Ludzki ten mój syn.

Godzina 8.00 – przygotowujemy prawdziwe śniadanko, niespiesznie, bo mleko jeszcze trzyma brzuszek w ryzach, w międzyczasie rozpalamy ogień w piecu (kiedyś zrobię mu sesję, bo jest piękny, ale dziś się nie udało), szykujemy owoce na sok lub kompot (dziś kompot jabłkowy), gdyby był Tata chłopaki poszliby do stajni, a że jesteśmy w duecie do stajni zejdziemy po śniadaniu.

Godzina 9.30 – mówimy konikom cześć, koniki mówią że daj jeść, Młody nosi siano, matka sypie owies, konie stają się radosne i pogodne, bo jeszcze nie wiedzą że dziś stoimy w boksach, bo od początku ciąży ja już nie wyprowadzam koni na dalsze pastwiska, a bliższe jeszcze wyglądają jesiennie, nie wiosennie.

Godzina 11.00 – drzemka time. Dziś pada i zimno, więc śpimy w domu. Jak było cieplej spaliśmy w hamaku. Jestem przezorna, więc mam ogarnięty obiad od wczoraj, też mogę iść poleżeć.

Godzina 14.00 – już w miarę przytomni, z krupnikiem pyrkającym na piecu, myślimy o popołudniu na podwórku, bo skończyło padać i wyszło słońce.

Godzina 15.15 – my już po ogarnięciu zwierzyńca w stajni, zajmujemy się wszystkim tym, czym zajmują się normalne mamy z normalnymi synami – doimy owcę, bo jagnię nie spija całego mleka (a kto kiedyś karmił piersią ten wie jak bolesne jest zaniedbanie opróżnienia piersi do końca), zbieramy pokrzywy dla świnek, kopiemy w ogródku, pilnujemy żeby Bajka nie zjadła nam kur, sprawdzamy ile jajek nam przybyło w tajnych skrytkach na jajka, gonimy koty, koty gonią nas, Bajka koty płoszy, pilnujemy pieca i czyścimy kominek, szykujemy kolację zwierzakom, sami łapiemy w locie jakiś podwieczorek, Młody przynosi mamie drogocenne kamienie, po prostu zwykły dzień jak co dzień. Nie mówcie, że u Was to wygląda inaczej…

Godzina 19.00 – po kilku dyskusjach i walce na argumenty ustalamy, że idziemy do domu, bo czas zjeść kolację  i iść pod prysznic. Młody nie czuje się przekonany, ale gdy tylko wchodzimy do domu, biegnie do kuchni, pokazuje miejsce gdzie czeka już przygotowana bagietka, niechętnie daje umyć sobie łapki, pochłania kolację i odpływa w stronę łazienki.

Godzina 20.00 – mama przestaje być pełnoetatową mamą, dziecko śpi, schodzę jeszcze do stajni obiecać gawiedzi, że jutro idziemy na pastwisko i pomału zamykam dzień…

Godzina 21.30 -kończę pisanie, bo obowiązki  serialowe czekają. Albo poduszka. Ciężko powiedzieć…

jeznt_dzien01jeznt_dzien02jeznt_dzien03jeznt_dzien04

 

Lubisz Jeża? To daj nam znać. I podziel się nami z innymi, niech też mają możliwość go polubić! 

#17

#16

Ostatnio znajomy bloger pisząc o wolności jaką dajemy naszym dzieciom, opowiedział historię o tym jak rodzice sami załatwiają konflikt ich latorośli w szkole. Rzecz dzieje się na wsi. A rodzice straszą się prawnikami.

Jako mama i mieszkanka wsi, zupełnie wsi nie nauczona, bo wychowana w mieście (bez ani jednej babci z krową i sianokosami, co by chociaż latem zobaczyć o co chodzi w świecie bez komunikacji miejskiej) postanowiłam odnieść się właśnie do tego co widzę dookoła.

Może zacznę od kilku uogólnień, sprawdzających się w mojej wsi, być może gdzieś indziej jest inaczej.

Miasto, miastowy, z miasta to słowa wytrych. Wydaje Wam się to głupie w XXI wieku, kiedy każdy ma wszystko na wyciągnięcie ręki? Tu tak jest. Argumentem kończącym i zapewniającym wygraną, jest stwierdzenie że w mieście tak jest. I głównym celem jest zrobienie z siebie i dzieci „miastowych”.

W telewizji mówili? To musi być prawda. No dobra, przyznaję się, nie mam pojęcia o czym mówią gadające głowy w telewizji, ale jeśli część wiedzy czerpie się z seriali (wiecie, tych których akcja toczy się w mieście), to chyba rozumiecie.

Internet jest skarbnicą wiedzy.  Głównie kafeteria i inne fora pełne ekspertów. Ok, ja też czerpię wiele z internetu, tylko chyba chadzam innymi ścieżkami.

Wróćmy do rodziców kłócących się o to czyj skarb nazwał kogo durniem, a czyj wyrwał lalkę. Każdy w mieście ma swojego prawnika (tak powiadają), a jak nie ma szybko może wynająć. A powszechnie wiadomo, że zarówno zniesławienie, jak i przywłaszczenie cudzego mienia mają swoje miejsce w kodeksie karnym (kolejno art. 212 i art. 284 KK, dla zainteresowanych). No to nie tak się załatwia sprawy w wielkich miastach? Pamiętajcie, że ważne jest jak nas piszą, nieważne kim jesteśmy. I niech nasze dzieci wiedzą, że zawalczymy o nie jak lwy. Nawet kosztem bzdurnego sporu sądowego. (warto zaznaczyć, że tu ludzie uwielbiają wszystko załatwiać na drodze sądowej, to bardziej naturalne rozwiązanie niż przyjście i powiedzenie, że coś nie pasuje.)

Walczymy jak lwy nie tylko o dobre imię naszych dzieci, ale też o ich wykształcenie. Na wsi nie ma szalonego wyboru aktywności. A niech tylko urwis jeden z drugim zainteresuje się gospodarką, trzeba mu to szybko wybić z głowy. To chyba jakiś kompleks chłopa małorolnego, bo na nas patrzą jak na chorych psychicznie – przyjechali z miasta (!) a babrają się w gnoju. I dziecku to wpajają od małego. A można przecież wozić szkraba na karate, basen, piłkę nożną, zajęcia plastyczny i cokolwiek, tak żeby od poniedziałku do niedzieli mały geniusz miał coś do roboty. Najlepiej do miasta. Od rana do wieczora. Dziecku odechce się głupot hodowlanych, a będzie wszechstronnie wykształcone.

Do tego dołóżmy modele rodzicielstwa. Swoisty miszmasz wzorców przekazywanych z dziada, pradziada – twarda ręka, skórzany pas i karne stanie w kącie i zero spacerów przy niesprzyjającej pogodzie, wzorców telewizyjnych – to ta dbałość o wszechstronność i bycie szoferem dla swojej pociechy (nawet jak przedszkole czy szkoła są jakieś 5 minut spacerem od domu) i mądrości internetowych – dieta maluszka? Eee, od sosu z pieczeni jeszcze nikt nie umarł!

Pewnie jak pójdziemy do przedszkola poznamy więcej tajników. Póki co siejemy ziarno dobrych linków i praktyk w wąskim gronie autochtonów, które nie traktuje nas jak wariatów. Może kiedyś uda nam się też ruszyć do działania, bo przecież sami możemy świetnie wspomagać rozwój naszych dzieci (i społeczności), tylko musi nam się chcieć (bo to wymaga więcej wkładu niż zawiezienie potomstwa na zajęcia do miasta).

jeznat_wies

 

#16

#15

To, że moje rodzicielstwo traktuję bardzo poważnie, to nic nowego. Zaznaczam to na każdym kroku. Ale muszę się przyznać, że dopiero od niedawna czytam o wychowaniu, różnych drogach, sposobach i możliwościach. I wychodzi mi, że całkiem naturalnie obrałam kierunek rodzicielstwa bliskości. Pewnie, że o tym słyszałam, czytam mnóstwo dobrych i mądrych rodziców, którzy nie jedno o swoim rodzicielstwie napisali, a kierują się właśnie w tę stronę, ale nigdy nie myślałam o tym jak powinnam kierować się ja.

jeznat_bliskosc01

Większość z moich przewodników ma dzieci starsze od mojego Młodego, takie z którymi można wejść w dialog, więc moje decyzje są nadal bardzo intuicyjne, ale staramy się.

I chyba nawet nam wychodzi. Chociaż nie powiem żeby to było proste. Fajniej byłoby widzieć efekty tu i teraz, ale trzeba mieć świadomość, że wychowanie, to nie jest proces trwający dzień czy dwa, to coś co towarzyszy nam przez całe nasze życie (od narodzin naszego szkraba, po naszą późną starość). Dlatego trzeba być cierpliwym.

jeznat_bliskosc02

Czasem ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę, kiedy tłumaczę rocznemu dziecku dlaczego nie może się bawić dystrybutorem wody w przychodni, bo przecież to tylko małe dziecko, trzeba mu zakazać, albo dać klapsa, zrozumie. Szczerze mówiąc, nie wiem czy zrozumie. Ja za to cieszę się, że jest coraz więcej rodziców którzy jednak szukają dróg innych niż klapsy i kary. A co najważniejsze, w tym wszystkim nie chodzi o ocenianie metod naszych rodziców, chodzi o szukanie lepszej drogi. Drogi, która pozwoli nam być blisko naszych dzieci, wspierać je, kształtować na mądre i samodzielne osoby, które chcą naszej bliskości, bo wiedzą, że o to chodzi w rodzinie – żeby być blisko.

 

Jeśli lubisz Jeża i chcesz zmotywować jego mamę do dalszej pracy, pokaż nam że jesteś. I pokaż nas innym!

#15

#14

Będąc mamą z ponad rocznym stażem i kolejnym brzuchem, który cieszy jak rośnie, mogę rościć sobie prawo do wszystko wiedzenia na temat macierzyństwa. Przynajmniej do tej części, która dotyczy tych pobłażliwych uśmiechów bardziej doświadczonych stażem rodziców, kiedy młoda mama, lub młody tata, chwali się jak to wszystkie opowieści o maluchach może wsadzić między bajki.

jeznat_lista01

Też tak miałam. I teraz też się uśmiecham pobłażliwie. A przecież poznałam zaledwie maleńki procent, jeśli nie promil, prawd objawionych.

  • czasem ciężko napić się ciepłej kawy/herbaty/mrożonego czegokolwiek nim się nie rozmrozi – rok temu czytając komentarze u znajomych blogerek zastanawiałam się jak to możliwe, przecież ja mam czas i na zejście do stajni, ogarnięcie zwierzyny, nawet rozpalę w kominku uprzednio przygotowując sobie drewno, nikt w domu nie głoduje, a herbatę muszę studzić żeby była pitna. A dziś? Dziękuję nauce za możliwość mrożenia obiadów, bez tego ktoś w końcu padłby z głodu, albo ustanowiłabym dietę chrupkowowkukurydzianą. Moje kochane, naprawdę samoobsługowe dziecko, wymaga bycia wszędzie w każdej chwili, z pracą umysłu na najwyższych obrotach. Szczerze podziwiam mamy dzieci wymagających i nie potrafiących skupić się na własnej zabawie nawet na pół minuty.
  • sen do 7, to jak dary losu – chwaliłam się wszystkim jak to mamy fajnie bo Piernik śpi do 8.30-9, zjada śniadanie i dosypia do 11. I mam za swoje. O tym jak będzie spała Ania nie pisnę ani słowa, chociaż to pewnie będzie bez różnicy. 7 rano to naprawdę wielkie święto, godne czerwonej czcionki w kalendarzu.
  • znacie ten horror: godzina 17, dziecko zasnęło w foteliku samochodowym…? – no ja już znam. Tak samo z drzemką po 16. I weź człowieku wytłumacz sobie, że te czasy stałych pór zasypiania bez względu na wszystko prawdopodobnie odeszły bezpowrotnie. A nawet jeśli nie odeszły, to musisz wykreślić fragment o bezwzględności. Do tego przeniesienie śpiącego dziecka bez szwanku do łóżka jest nie lada wyczynem. Mi się udało raz.
  • maruderstwo przy jedzeniu – nie mogę narzekać na Młodego, że jest niejadkiem, bo zdecydowanie nie jest. Jednak zmienił się jego stosunek do posiłków. Kiedyś mogłam mu zaproponować cokolwiek i on z wielką ufnością i entuzjazmem przyjmował to na klatę (dosłownie i w przenośni). Teraz jednego dnia jest wielkim przeciwnikiem ziemniaków żeby następnego zażądać całej porcji z mojego talerza. Bo wiadomo, że to co znajduje się na cudzym talerzu jest milion razy smaczniejsze niż zawartość Bebokowego talerzyka. Pal licho, że jemy dokładnie to samo.
  • spieszcie się cieszyć stacjonarnym dzieckiem, tak szybko zaczyna być wszędzie – dla jasności: ja naprawdę jestem zachwycona każdym etapem rozwoju mojego syna (jak wiecie, złego rozwoju, bo bez robienia „papapa”). Jednak czasem tęsknię za chwilami, kiedy ten mały Piernik był w tym miejscu, w którym go posadziłam lub położyłam. Obecnie mogę w ciemno obstawiać, że jeśli posadzę go w miejscu A, to za mniej więcej pół minuty będzie gdziekolwiek indziej. Dzięki temu poza Anną i jej apartamentami nie tyję ani trochę, mimo że to już połowa maratonu ciężarówkowego.
  • zakupy z dzieckiem, to mierna przyjemność – nawet z naszym, najspokojniejszym i najbardziej ułożonym pierdziochem świata (bo należy to zaznaczyć, że my mamy naprawdę fajny egzemplarz w domu). Pamiętam jak brałam Młodego w nosidło i szliśmy na emocjonujące wycieczki między biedronkowymi półkami, on mruczał coś pod nosem i zazwyczaj zasypiał, lub zwiedzał kolorowe alejki kontemplując w ciszy rozłożenie towarów na dyskontowych półkach. A dziś? Dziś pakując banany, muszę mocno się nagimnastykować, żeby Młody nie wywinął się z wózka usiłując rozrzucić wszystkie orzechy włoskie wyłożone tuż obok (wymyślił to ktoś ewidentnie bezdzietny!). Albo robiąc zakupy w popularnym markecie sportowym, muszę pilnować jakiego rodzaju piłki trafiają do koszyka, żebym wiedziała gdzie się ich później pozbyć. I mimo że on jeszcze nie wie, że pewnie kiedyś będzie chciał mnóstwa niezdrowych przekąsek, to już wrzuca nam między zakupy jogurty pełne chemii i chrupki o bliżej nieokreślonym smaku.

jeznat_lista02

Jestem przekonana, że za kilka miesięcy dam się złapać na takie samo złudzenie, że mnie to wszystko nie dotyczy. Doświadczenie i racjonalizm nigdy nie pokonają wielkiej rodzicielskiej nadziei na dziecko-podręcznikowego aniołka. Pewnie dzięki temu nasza kolejna podróż rodzicielska będzie jeszcze bardziej emocjonująca – dojdą pobłażliwe uśmiechy dotyczące współżycia społecznego na linii starszy brat – młodsza siostra.

A jakie prawdy objawione dotarły do Was po chwili rodzicielstwa? Podzielcie się!

 

Jeśli lubisz Jeża i chcesz zmotywować jego mamę do dalszej pracy, pokaż nam że jesteś. I pokaż nas innym!

#14

#13

Dziś jest dzień w którym serdecznie mi się nic nie chce. Ale nie, nie, nie, nie mam dołka, kryzysu, końca świata, czy innej tragedii z wyczerpanymi akumulatorami w tle. Mam mnóstwo słońca, ciepła, wyspanego syna, kopiącej córy, Seniora w domu i kiełbachy na grilla. Nie chce mi się nic, bo dziś mam wszystko. I nic nie muszę.

jeznat_konie02

Miał być wpis o normalnym dniu matki-wieśniaka, ale mi się nie chce. Takie dni jak dziś mogłyby być normalne…

Lubię ten czas kiedy w powietrzu jest już posmak lata w wiosennym wydaniu, kiedy trawy są już tak zielone, że konie radośnie skubią pastwisko, a pyłki jeszcze nie zdążyły mnie zabić. A w tym roku ten czas jest jeszcze fajniejszy, bo zbiegł się z takim etapem w rozwoju Młodego, kiedy samodzielność to jego pierwszy i najważniejszy cel każdego dnia. Wszystko sam, razem z zabawami w piasku, ganianiem za kotami (aaaa! on nadal gania koty!), uciekaniem przed kotami, zwiedzaniem podwórka, nawet wracaniem do domu. Mój mały samodzielny odkrywca, który pozwala matce usiąść i napisać kilka słów.

jeznat_konie01

Z dzisiejszych odkryć, Młody nauczył się pracy zespołowej. Współpraca została nawiązana między nim a najbardziej zbójniczym kotem wszechświata. Senior nieopatrznie zostawił w altance kanapki z drugiego śniadania, nie informując nikogo o tym i nie przykrywając ich żadnym talerzem. Nasza Hitlerzyca dorwała się do szynki, zrzucając Młodemu pomidorka i ser. Wszyscy byli zachwyceni. No, może poza Seniorem, który został z kromkami z samą sałatą.

Ach, ten nasz wiejski zimny chów!

jeznat_konie03

PS. Nie, moje dziecko nie musi samo sobie polować na jedzenie, naprawdę. Przynajmniej jeszcze nie.

 

Lubisz nas? To podziel się nami z innymi, im więcej Was dokoła tym nam radośniej!

#13