#26

Dziś mija miesiąc od kiedy Ania jest po tej stronie brzucha. Dziś mija miesiąc od kiedy ze wzmożoną siłą uświadamiam sobie jakie mamy szczęście.
Większość tego miesiąca spędziłyśmy w szpitalach. Najpierw długo leżałyśmy w Szpitalu na Siemieradzkiego, bo stan Ani nie pozwalał nam wrócić do chłopców. Kiedy już się ustabilizowałyśmy, wróciłyśmy do domu żeby kilka dni później wylądować w Szpitalu Pediatrycznym. 
Przez ten czas poznałam naprawdę dużo rodziców.  Wielu z nich miało swoje kłopoty z maluchami, ale większość cieszyła się zdrowymi szkrabami, urodzonymi szybciej lub wolniej, bardziej lub mniej naturalnie, ale bez większych komplikacji. I wiecie od kogo nasłuchałam się najwięcej płaczów i lamentów? Nie, nie od tych rodziców których maluchy dzieliły z Anią salę na intensywnej.
Dlaczego nie umiemy się cieszyć z tego co mamy? Dlaczego nie patrzymy na jasną stronę? Dlaczego szukamy najciemniejszych zakamarków w sytuacjach, które są dobre? Kiedy w trzynastej dobie słyszałam, od załamanej mamy że musi zostać do jutra, a jest tu już 4 dni, uśmiechałam się pod nosem. Kiedy jakaś pani pod gabinetem USG strasznie marudziła, że po co każą jej czekać na echo, wszak u każdego malucha słychać szmery, a po badaniu mówiła z wyższością „nie mówiłam?” nawet nie próbowałam tłumaczyć, że to echo mogło uratować życie jej dziecku, wspaniale że nic nie wyszło podczas badania. Sama miałam dość luksusów oddziału noworodkowego, ale doskonale wiem że bez tego turnusu różnie mogłyby potoczyć się sprawy.
Ja rozumiem, że hormony robią wodę z mózgu, wiem że jest baby blues i inne takie, ale młody rodzicu – właśnie na świecie pojawiło się Twoje dziecko, Twój mały skarb. Nieważne czy ma jedno oczko bardziej, nos po dziadku, złożoną wadę serca, zakażenie wewnątrzmaciczne czy marne włosy. Nieważne co się pojawiło czego wcale nie chciałeś. Ważne że ten mały szkodnik jest po tej stronie brzucha. A skoro jest, to z resztą sobie poradzisz. I nie płacz nad głupotami, bo zawsze mogło być dużo słabiej.

image

Reklamy
#26

#25

Kiedy widzisz odjeżdżającą spod szpitala eNkę i uświadamiasz sobie, że jutro ta sama eNka może przyjechać do Ciebie i Twojego maleństwa, uświadamiasz sobie jak marnie jest z Twoją skorupą dzielnej babki. Wiesz, że jeśli się tak zdarzy, to będzie wyjście najlepsze dla Twojego dziecka, ale czujesz też to, co pewnie czuje w tym momencie matka, która zamknęła drzwi karetki za swoim dwudniowym szkrabem.
W takich chwilach jeszcze mocniej czuję ten ogrom miłości, który we mnie siedzi od kiedy mam dzieci. I ten okropny strach, który już do końca życia będzie mi towarzyszył w każdej chwili.

image

#25

#24

Zostając rodzicem wiesz, że nie możesz przewidzieć nic poza tym, że na bank Twoje plany nigdy nie będą zrealizowane w 100%. Chyba, że planujesz katastrofę. Ale i wtedy okaże się, że katastrofa dotyczy zupełnie innej dziedziny życia niż przewidywałeś. Tak samo nie możesz przygotować się na pewne sytuacje. Nawet jeśli wydaje Ci się że możesz.

jeznat_szpital01

Od połowy ciąży wiedziałam, że Lisica chwilę zabawi w szpitalu, podobnie jak jej brat, choć z innych powodów. Wiedziałam, że kilka dni nie będę widziała Juniora i że na nowo zadomowię się na Siemiradzkiego. Wiedziałam też, że ciążowe przewidywania nie muszą być wcale ostatecznymi. Byłam na to przygotowana, wszystko miałam przedyskutowane ze specjalistami, wyjaśnione i oswojone (bo to nic wielkiego, najczęściej zdarza się właśnie to, nie ma się czego bać).

jeznat_szpital02

Okazało się, że nawet porodu nie mogę sobie zaplanować jak człowiek. Nie dość że z cięcia cesarskiego w tym tygodniu wyszedł 8 dni wcześniej poród siłami natury (ta, natury, to były wyłącznie moje siły i nikogo więcej!) w połowie odbywający się w samochodzie, to jeszcze z kilku dni w SPA zrobiło się kilkanaście.

Jeśli myślisz, że możesz się przygotować na wszystko co spotka Cię w rodzicielstwie, to się mylisz. Zawsze dopadną Cię uczucia o których wcześniej byś nie pomyślał, zawsze zdarzy się coś, czego nigdy byś nie przewidział. I zawsze Twoja reakcja na sytuację może Cię zaskoczyć.

jeznat_szpital03

Chwilowo nas tu mało, ale jak już wrócimy do domu, to i wrócimy tu. Ze zdwojoną siłą (wszak Jeżowo – Lisowa komitywa musi mieć moc). A tymczasem pamiętajcie o konkursie, w którym bierzemy udział [klik].

 

#24

#23

Czy nasz syn ma lepiej mieszkając na wsi? Nie wiem, chyba nie. Ma inaczej niż miejscy rówieśnicy. Brakuje nam towarzystwa, placów zabaw, imprez i oferty kulturalnej mającej rozwijać wrażliwość maluchów już od pierwszego dnia życia. Na fajne warsztaty jeździmy jak na wielkie wyprawy i odpada spontaniczny wypad do zoo czy na basen.

jeznat_wies01

Mamy za to otwarte na oścież drzwi, przez które Młody wpada wołając „am, am, am” i biegnąc do spiżarki po kawałek maślanej bułeczki żeby zaraz wybiec z domu, zgarniając po drodze trzy koty, polecieć do piaskownicy, ogródka lub Bajki. Mamy porody klaczy na pastwisku, malutkie owieczki, które trzeba masować słomą i siankiem i cielaki usiłujące wylizać dresy małego gospodarza. Zamiast bujać się na drewnianych konikach, siadamy w siodle. Zamiast zjeżdżać z wysokich zjeżdżalni, ślizgamy się bo błotnych górach. Zamiast iść do warzywniaka po sałatę i marchewki, chodzimy do ogródka wybrać co dziś na obiad (i ostatnio wybieramy cukinie, albo cukinia wybiera nas).

jeznat_wies02

Kiedy jest gorąco włazimy do górskiego potoku, a jak robi się zimno grzejemy pupy przy kominku.

Cieszymy się każdą znalezioną maliną (Młody), jeżynami (ja) i grzybami (Senior). Mamy naprawdę mnóstwo szczęścia będąc tu, gdzie jesteśmy. Chyba każdy rodzic marzy o szczęśliwym dzieciństwie jego dzieci. Nasze mają szansę takie mieć.

jeznat_wies03

Chociaż tych basenów Wam, mieszczuchy, zazdrościmy naprawdę.

 

Lubisz Jeża? To daj znać, że nas czytasz. Polub, udostępnij i mów do nas.

#23

#22

Termin Ani zbliża się wielkimi krokami. A koniec ciąży niepokojąco przypomina mi to co działo się 18 miesięcy temu. Wszystko co było później skłoniło mnie do podjęcia decyzji o miejscu drugiego porodu.

Młody był dzielnym maluchem, który w pewnym momencie przestał przybierać na wadze, wyskoczył za nawias hipotrofii i miewał lepsze lub gorsze wyniki badań okresowych. Na tyle często byłe lepsze, że nikt się tymi gorszymi nie przejmował, aż do KTG na 4 dni przed terminem porodu. Wtedy wszyscy się przejęli.

jeznat_stopy01

Całą ciąże prowadziłam w prywatnych rękach, ale postanowiłam ostatnie KTG przeprowadzać w szpitalu w którym chciałam rodzić (żeby już wiedzieli że będą mnie mieć u siebie).

30 grudnia leżałam pod KTG prawie dwie godziny, Maluch rano się wiercił, na badaniu już był spokojny, szybka konsultacja z panią doktor, która spokojnie mnie spytała czy może ktoś mnie podwieźć na izbę przyjęć (kiedy spotkałyśmy się na kontroli po wyjściu ze szpitala już mogła mi powiedzieć, że to KTG uratowało mojego syna, wtedy jej spokój uratował mnie).

Na izbie przyjęć szybkie badanie, niedowierzanie lekarza przyjmującego mnie na oddział, że nikt nie zareagował 3 tygodnie wcześnie i szybka decyzja – z porodu naturalnego nici.

jeznat_stopy02

Wiecie co pamiętam z tych wydarzeń? Mój strach, wielką niewiedzę i przerażenie, bo nie miałam wpływu na nic, nie mogłam ani pomóc, ani zaszkodzić. Po prostu leżałam. Pamiętam też wspaniałą Położną, która mnie uspokajała, niesamowitego anestezjologa (o doktorze Langie krążą już legendy) bez którego musieliby mnie chyba wprowadzić w stan całkowitej narkozy. Pamiętam jak pediatra podfrunął do mnie ze stópkami Juniora żebym mogła je pocałować. I jak później na salę pooperacyjną przynieśli nam tę kruszynkę na chwilę. Wtedy nie wiedziałam, że następny raz kiedy wezmę mojego syna na ręce będzie za kilka dni.

Miałam szczęście, w moim szpitalu jak tylko było wiadomo, że nie mogę mieć malucha przy sobie, mogłam spróbować szybciej się uruchomić (chociaż pani fizjoterapeutka mówiła, że to wcześnie, ale dałam radę). Po cięciu trafiłam na salę z dziewczynami, których maluchy też stacjonowały na oddziale noworodkowym. Mimo wielkiej walki rozsądku z emocjami nie potrafiłam się zmusić żeby zejść do ukochanego syna bez Seniora, aż tu nagle pojawiła się pani Marysia – cudotwórca od laktacji, która powiedziała prosto: nie możesz wziąć malucha na ręce, ale możesz mu dać swoje mleko. Dzięki niej zaczęłam latać z buteleczkami pełnymi brzoskwiniowego jedzonka co 2h. Nawet w Sylwestra, równo o północy, mogłyśmy przywędrować do naszych małych bohaterów.

Jak tylko Maluch przeskoczył na antybiotyk podawany tylko w określonych godzinach, panie zajmujące się Szkrabami same namawiały do pielęgnacji, tulenia i prób przystawiania do piersi (a jak się nie udawało przystawić, to sama karmiłam butelką pełną mojego pokarmu).

jeznat_stopy03

Wtedy odrobinę zabrakło wygodnego fotela do kangurowania, o którego istnieniu nie miałam bladego pojęcia, ale opieka, wsparcie i fachowa pomoc, z którą się spotkałam pozwoliły mi wyjść z tego bez szwanku w postaci traumy, bez zbędnych stresów i niepotrzebnych niepokojów. Każda wątpliwość dotycząca mojego czy Młodego stanu zdrowia była rozwiewana, czasem po kilka razy (jeśli na obchodzie nie było Seniora, a ja bałam się że coś pominę), każda zmiana na oddziale noworodkowym była konsultowana, Ciotki dbały o to żebyśmy jak najszybciej mogli być razem (ale jeśli któraś z mam nie czuła się na siłach po CC i potrzebowała przespać noc, nie było problemu żeby maluszek spał pod czujnym okiem Pań Położnych).

Oczywiście, że mogłabym doszukać się jakichś niedociągnięć – że porcje jedzenia marne (chociaż nie marne, ja się najadałam i jedyne co zamawiałam z domu to kompot jabłkowy mojej mamy), że czasem na kogoś musiałam dłużej poczekać, albo długo stałam pod oddziałem noworodkowym czekając na otwarcie drzwi. Ale w obliczu tego jak świetnie się nami zajęto, to chyba byłoby głupie.

jeznat_stopy04

Nie wiem czy to jest standard Szpitala na Siemiradzkiego, inne mamy które tam rodziły i nie miały żadnych powikłań mają różne opinie, od neutralnych po pozytywne (nie znam negatywnych). Mamy, które urodziły wcześniaków, słabeuszy czy chorowitków są zadowolone. Martwi mnie, że jest tak niewiele miejsc, mimo XXI wieku, w których młode mamy mogą liczyć na taką świetną opiekę, czy nawet są wypisywane po 3 dniach do domu, kiedy ich maluch zostaje w szpitalu na kolejne tygodnie (ze mną była dziewczyna, która na oddziale spędziła sporo ponad miesiąc, chociaż sama mogłaby wrócić do domu po 4 dobach).

Bardzo mnie ucieszyła akcja, którą wyhaczyłam u Matki Wariatki, i która jest obecna też u kilku innych blogerek. Akcja tworzenia Emostref – miejsc przyjaznych rodzicielstwu bliskości w, wydawałoby się, niesprzyjających warunkach. Zajrzyjcie na stronę, jeśli macie szpital który chcielibyście zgłosić, śmiało wysyłajcie namiary. Im więcej miejsc pozwalających na minimalizowanie stresu u maluszków i ich rodziców, im więcej przyjaznych stref, tym mniej złych szpitalnych wspomnień. Akcja dotyczy zarówno oddziałów noworodkowych jak i tych dziecięcych. Na stronie są też informacje jak możemy wspierać całą kampanię. My z Jeżem i małą Lisicą jesteśmy na tak.

jeznat_stopy05

Lubisz Jeża? Dziel się nami z innymi, lub nas i dawaj znać że czytasz!

#22

#21

Na pierwsze urodziny Piernika każde z nas, rodziców, dostało od mojej mamy po drobiazgu – wszak urodziny malucha to nie tylko święto dziecka, gdyby nie my, nie miałoby co świętować. Prezentem dla Seniora był kalendarz z akcji „Tata bliżej dziecka” – co miesiąc inny Tata ze swoją pociechą i myśl czym jest dla nich ojcostwo.
W czerwcu, mesiącu dla naszego Taty wyjątkowym, bo ma kumulację swoich świąt, myślą przewodnią jest prosta sentencja: „Ojcem może być każdy, ale trzeba być kimś wyjątkowym, żeby zostać Tatą”.

jeznat_tata01
Dziś jest ten dzień, dzień w którym będziemy malować laurkę, upieczemy Tacie ciacho, zrobimy jego ulubiony obiad. Mam nadzieję, że dla mojego syna ten dzień zawsze będzie wiązał się z myślą o tym, że fajny ten jego Tata. I nigdy nie będzie musiał rozumieć znaczenia tego czerwcowego kalendarzowego przesłania.
Ja je rozumiem. Jako duża dziewczynka, rodzic, już nie wkurzam się aż tak bardzo, że Tata to nie to samo co ojciec. Właściwie mam to w nosie, bo mam szczęście, mimo niejednoznaczności tych słów, mam Tatę, wspaniałego człowieka, który nauczył mnie wielu rzeczy, dał mi wrażliwość, pokazał kim warto być, a w kogo lepiej się nie wcielać. Niejednokrotne dał mi kopa, kiedy tego potrzebowałam i głaskał mnie po głowie kiedy tylko to mogło mi pomóc. Chyba nigdy nie będę umiała nazwać tego co czuję kiedy przychodzi Dzień Taty i uświadamiam sobie jak niesamowitym człowiekiem jest ten mój Tata. Nigdy nie będę umiała przeprosić za nastoletnie zbuntowane „nie jesteś moim ojcem” i durne fochy. Za to, że tak późno do mnie dotarło kim jest ten mój Tata.
Dziękuję Ci Tato, że nie jesteś moim ojcem, bo mógłbyś być nieobecny i szorstki. Dziękuję, że zawsze stawiałeś nas na pierwszym miejscu, dzięki Tobie jesteśmy kompletni jako dzieci, dzięki Tobie wiemy jakimi rodzicami chcemy być. Dziękuję, że zawsze jesteś, mimo że widujemy się rzadko i czasem możemy nie rozmawiać przez wiele dni. Ale zawsze jesteś.
Wszystkim Tatom życzymy dziś wielkiej radości z tej roli jaką przyszło im odgrywać, dumy z bycia jedną z dwóch najważniejszych osób dla swoich dzieci. Chciejcie być coraz lepsi dla tych małych ludzi, bądźcie tacy, żeby w przyszłości chcieli być takimi rodzicami jak Wy, żeby czuli dumę na myśl kto jest ich Tatą.
Ja czuję. I Młody też poczuje.
Z okazji Dnia Taty zaczął mówić przy Tacie „tata”.

jeznat_tata02
I bądźcie w tym wszystkim szczęśliwymi ludźmi.

#21

#20

Od kiedy Młody jest mobilniejszy niż grzecznie leżące dziecię, mniej więcej pół świata pyta mnie czy się nie boję, że rozwali sobie kolana/głowę/ręce/cokolwiek o kamienie (do niedawna nie mieliśmy żwiru na podwórku, tylko zwykły, gruby, górski kamień, który nie ułatwiał chodzenia dorosłym, a co dopiero szkrabom), że wbiegnie pod konie, że wsadzi łapkę do świnek albo wlezie między krowy, które nie wiedzą, że nie można łazić po ludziach. Do tego zagrożenia takie jak chaszcze, pokrzywy, maliny, jeżyny, koty i wielki pies, a w domu kamienna podłoga, kominek, piec, schody, balkon, taras z kamienia… sama zgroza.

jeznat_siano01

I tak, na początku się bałam, nakręcałam się wszystkimi pytaniami, czułam się jak naprawdę zła i nieodpowiedzialna matka, która robi wszystko żeby uszkodzić swojego pierworodnego. Każde potknięcie i upadek przypisywałam swojej niezdarności (bo fakt, że Młody uczy się poruszać po świecie nie ma z tym nic wspólnego przecież), słuchałam wywodów o tym ile krzywdy może sobie zrobić bawiąc się widelcem przy jedzeniu i jak bezmyślnie pozwalamy mu pić z „dorosłego” kubka. O niemrawych reakcjach na zbieranie chrupek kukurydzianych z dywanu nie wspominam.

jeznat_siano02

Młody ma teraz etap szybkiego wzrostu, potyka się o swoje nogi, zahacza o wszystko łapkami, nie wpasowuje się ze wzrostem (wszak dwa tygodnie temu wchodził pod ten stolik, to dlaczego teraz mu przeszkadza głowa, hę?). I najwięcej niebezpiecznych zdarzeń ostatnich dni miało miejsce nie w naszym gospodarstwie pełnym pułapek, tylko w mieście. Przez chwilę zastanawiałam się jak radzą sobie mamy mające do dyspozycji wyłącznie miasto, bez opcji własnego, odgrodzonego od świata podwórka, bez przerwy walczące z samochodami, kostką brukową i obcymi ludźmi.

Zdrowy rozsądek jednak podpowiada mi, że człowiek (i mały, i duży) wspaniale dostosowuje się do warunków w których przyszło mu żyć. I pewnie będę miała kłopot z nauczeniem Młodego, że przechodzimy przez ulicę po pasach, nie wbiegamy na asfalt i musimy trzymać mamę albo tatę za rękę w czasie spaceru. Tak jak mamy odwiedzające nas będą miały kłopot z wyjaśnieniem swoim maluchom dlaczego nie można dotykać szyby kominka czy tulić się policzkiem do pieca. Na szczęście ci mniejsi ludzie naprawdę szybko się uczą.

I żeby było jasne, pewnie że dostaję palpitacji serca kiedy mój syn postanawia wleźć z garstką siana między stadko koni, ale nie daje się zwariować. Lepsze stadko koni niż środek autostrady.

A Ty? Podchodzisz z dystansem do swojego strachu przed światem, czy najchętniej zamknęłabyś swoje dziecko w czterech ścianach a na dwór (tylko ten z miękką gumą na ziemi i certyfikowanymi zjeżdżalniami) wypuszczałabyś wyłącznie w ochraniaczach, gdyby się tak dało? A może masz jakiś złoty środek?

jeznat_siano03

Czytasz Jeża? To daj znać, poślij go w świat, niech inni też coś mają z (wiejskiego) życia.

#20