#24

Zostając rodzicem wiesz, że nie możesz przewidzieć nic poza tym, że na bank Twoje plany nigdy nie będą zrealizowane w 100%. Chyba, że planujesz katastrofę. Ale i wtedy okaże się, że katastrofa dotyczy zupełnie innej dziedziny życia niż przewidywałeś. Tak samo nie możesz przygotować się na pewne sytuacje. Nawet jeśli wydaje Ci się że możesz.

jeznat_szpital01

Od połowy ciąży wiedziałam, że Lisica chwilę zabawi w szpitalu, podobnie jak jej brat, choć z innych powodów. Wiedziałam, że kilka dni nie będę widziała Juniora i że na nowo zadomowię się na Siemiradzkiego. Wiedziałam też, że ciążowe przewidywania nie muszą być wcale ostatecznymi. Byłam na to przygotowana, wszystko miałam przedyskutowane ze specjalistami, wyjaśnione i oswojone (bo to nic wielkiego, najczęściej zdarza się właśnie to, nie ma się czego bać).

jeznat_szpital02

Okazało się, że nawet porodu nie mogę sobie zaplanować jak człowiek. Nie dość że z cięcia cesarskiego w tym tygodniu wyszedł 8 dni wcześniej poród siłami natury (ta, natury, to były wyłącznie moje siły i nikogo więcej!) w połowie odbywający się w samochodzie, to jeszcze z kilku dni w SPA zrobiło się kilkanaście.

Jeśli myślisz, że możesz się przygotować na wszystko co spotka Cię w rodzicielstwie, to się mylisz. Zawsze dopadną Cię uczucia o których wcześniej byś nie pomyślał, zawsze zdarzy się coś, czego nigdy byś nie przewidział. I zawsze Twoja reakcja na sytuację może Cię zaskoczyć.

jeznat_szpital03

Chwilowo nas tu mało, ale jak już wrócimy do domu, to i wrócimy tu. Ze zdwojoną siłą (wszak Jeżowo – Lisowa komitywa musi mieć moc). A tymczasem pamiętajcie o konkursie, w którym bierzemy udział [klik].

 

Reklamy
#24

#23

Czy nasz syn ma lepiej mieszkając na wsi? Nie wiem, chyba nie. Ma inaczej niż miejscy rówieśnicy. Brakuje nam towarzystwa, placów zabaw, imprez i oferty kulturalnej mającej rozwijać wrażliwość maluchów już od pierwszego dnia życia. Na fajne warsztaty jeździmy jak na wielkie wyprawy i odpada spontaniczny wypad do zoo czy na basen.

jeznat_wies01

Mamy za to otwarte na oścież drzwi, przez które Młody wpada wołając „am, am, am” i biegnąc do spiżarki po kawałek maślanej bułeczki żeby zaraz wybiec z domu, zgarniając po drodze trzy koty, polecieć do piaskownicy, ogródka lub Bajki. Mamy porody klaczy na pastwisku, malutkie owieczki, które trzeba masować słomą i siankiem i cielaki usiłujące wylizać dresy małego gospodarza. Zamiast bujać się na drewnianych konikach, siadamy w siodle. Zamiast zjeżdżać z wysokich zjeżdżalni, ślizgamy się bo błotnych górach. Zamiast iść do warzywniaka po sałatę i marchewki, chodzimy do ogródka wybrać co dziś na obiad (i ostatnio wybieramy cukinie, albo cukinia wybiera nas).

jeznat_wies02

Kiedy jest gorąco włazimy do górskiego potoku, a jak robi się zimno grzejemy pupy przy kominku.

Cieszymy się każdą znalezioną maliną (Młody), jeżynami (ja) i grzybami (Senior). Mamy naprawdę mnóstwo szczęścia będąc tu, gdzie jesteśmy. Chyba każdy rodzic marzy o szczęśliwym dzieciństwie jego dzieci. Nasze mają szansę takie mieć.

jeznat_wies03

Chociaż tych basenów Wam, mieszczuchy, zazdrościmy naprawdę.

 

Lubisz Jeża? To daj znać, że nas czytasz. Polub, udostępnij i mów do nas.

#23

#22

Termin Ani zbliża się wielkimi krokami. A koniec ciąży niepokojąco przypomina mi to co działo się 18 miesięcy temu. Wszystko co było później skłoniło mnie do podjęcia decyzji o miejscu drugiego porodu.

Młody był dzielnym maluchem, który w pewnym momencie przestał przybierać na wadze, wyskoczył za nawias hipotrofii i miewał lepsze lub gorsze wyniki badań okresowych. Na tyle często byłe lepsze, że nikt się tymi gorszymi nie przejmował, aż do KTG na 4 dni przed terminem porodu. Wtedy wszyscy się przejęli.

jeznat_stopy01

Całą ciąże prowadziłam w prywatnych rękach, ale postanowiłam ostatnie KTG przeprowadzać w szpitalu w którym chciałam rodzić (żeby już wiedzieli że będą mnie mieć u siebie).

30 grudnia leżałam pod KTG prawie dwie godziny, Maluch rano się wiercił, na badaniu już był spokojny, szybka konsultacja z panią doktor, która spokojnie mnie spytała czy może ktoś mnie podwieźć na izbę przyjęć (kiedy spotkałyśmy się na kontroli po wyjściu ze szpitala już mogła mi powiedzieć, że to KTG uratowało mojego syna, wtedy jej spokój uratował mnie).

Na izbie przyjęć szybkie badanie, niedowierzanie lekarza przyjmującego mnie na oddział, że nikt nie zareagował 3 tygodnie wcześnie i szybka decyzja – z porodu naturalnego nici.

jeznat_stopy02

Wiecie co pamiętam z tych wydarzeń? Mój strach, wielką niewiedzę i przerażenie, bo nie miałam wpływu na nic, nie mogłam ani pomóc, ani zaszkodzić. Po prostu leżałam. Pamiętam też wspaniałą Położną, która mnie uspokajała, niesamowitego anestezjologa (o doktorze Langie krążą już legendy) bez którego musieliby mnie chyba wprowadzić w stan całkowitej narkozy. Pamiętam jak pediatra podfrunął do mnie ze stópkami Juniora żebym mogła je pocałować. I jak później na salę pooperacyjną przynieśli nam tę kruszynkę na chwilę. Wtedy nie wiedziałam, że następny raz kiedy wezmę mojego syna na ręce będzie za kilka dni.

Miałam szczęście, w moim szpitalu jak tylko było wiadomo, że nie mogę mieć malucha przy sobie, mogłam spróbować szybciej się uruchomić (chociaż pani fizjoterapeutka mówiła, że to wcześnie, ale dałam radę). Po cięciu trafiłam na salę z dziewczynami, których maluchy też stacjonowały na oddziale noworodkowym. Mimo wielkiej walki rozsądku z emocjami nie potrafiłam się zmusić żeby zejść do ukochanego syna bez Seniora, aż tu nagle pojawiła się pani Marysia – cudotwórca od laktacji, która powiedziała prosto: nie możesz wziąć malucha na ręce, ale możesz mu dać swoje mleko. Dzięki niej zaczęłam latać z buteleczkami pełnymi brzoskwiniowego jedzonka co 2h. Nawet w Sylwestra, równo o północy, mogłyśmy przywędrować do naszych małych bohaterów.

Jak tylko Maluch przeskoczył na antybiotyk podawany tylko w określonych godzinach, panie zajmujące się Szkrabami same namawiały do pielęgnacji, tulenia i prób przystawiania do piersi (a jak się nie udawało przystawić, to sama karmiłam butelką pełną mojego pokarmu).

jeznat_stopy03

Wtedy odrobinę zabrakło wygodnego fotela do kangurowania, o którego istnieniu nie miałam bladego pojęcia, ale opieka, wsparcie i fachowa pomoc, z którą się spotkałam pozwoliły mi wyjść z tego bez szwanku w postaci traumy, bez zbędnych stresów i niepotrzebnych niepokojów. Każda wątpliwość dotycząca mojego czy Młodego stanu zdrowia była rozwiewana, czasem po kilka razy (jeśli na obchodzie nie było Seniora, a ja bałam się że coś pominę), każda zmiana na oddziale noworodkowym była konsultowana, Ciotki dbały o to żebyśmy jak najszybciej mogli być razem (ale jeśli któraś z mam nie czuła się na siłach po CC i potrzebowała przespać noc, nie było problemu żeby maluszek spał pod czujnym okiem Pań Położnych).

Oczywiście, że mogłabym doszukać się jakichś niedociągnięć – że porcje jedzenia marne (chociaż nie marne, ja się najadałam i jedyne co zamawiałam z domu to kompot jabłkowy mojej mamy), że czasem na kogoś musiałam dłużej poczekać, albo długo stałam pod oddziałem noworodkowym czekając na otwarcie drzwi. Ale w obliczu tego jak świetnie się nami zajęto, to chyba byłoby głupie.

jeznat_stopy04

Nie wiem czy to jest standard Szpitala na Siemiradzkiego, inne mamy które tam rodziły i nie miały żadnych powikłań mają różne opinie, od neutralnych po pozytywne (nie znam negatywnych). Mamy, które urodziły wcześniaków, słabeuszy czy chorowitków są zadowolone. Martwi mnie, że jest tak niewiele miejsc, mimo XXI wieku, w których młode mamy mogą liczyć na taką świetną opiekę, czy nawet są wypisywane po 3 dniach do domu, kiedy ich maluch zostaje w szpitalu na kolejne tygodnie (ze mną była dziewczyna, która na oddziale spędziła sporo ponad miesiąc, chociaż sama mogłaby wrócić do domu po 4 dobach).

Bardzo mnie ucieszyła akcja, którą wyhaczyłam u Matki Wariatki, i która jest obecna też u kilku innych blogerek. Akcja tworzenia Emostref – miejsc przyjaznych rodzicielstwu bliskości w, wydawałoby się, niesprzyjających warunkach. Zajrzyjcie na stronę, jeśli macie szpital który chcielibyście zgłosić, śmiało wysyłajcie namiary. Im więcej miejsc pozwalających na minimalizowanie stresu u maluszków i ich rodziców, im więcej przyjaznych stref, tym mniej złych szpitalnych wspomnień. Akcja dotyczy zarówno oddziałów noworodkowych jak i tych dziecięcych. Na stronie są też informacje jak możemy wspierać całą kampanię. My z Jeżem i małą Lisicą jesteśmy na tak.

jeznat_stopy05

Lubisz Jeża? Dziel się nami z innymi, lub nas i dawaj znać że czytasz!

#22

#21

Na pierwsze urodziny Piernika każde z nas, rodziców, dostało od mojej mamy po drobiazgu – wszak urodziny malucha to nie tylko święto dziecka, gdyby nie my, nie miałoby co świętować. Prezentem dla Seniora był kalendarz z akcji „Tata bliżej dziecka” – co miesiąc inny Tata ze swoją pociechą i myśl czym jest dla nich ojcostwo.
W czerwcu, mesiącu dla naszego Taty wyjątkowym, bo ma kumulację swoich świąt, myślą przewodnią jest prosta sentencja: „Ojcem może być każdy, ale trzeba być kimś wyjątkowym, żeby zostać Tatą”.

jeznat_tata01
Dziś jest ten dzień, dzień w którym będziemy malować laurkę, upieczemy Tacie ciacho, zrobimy jego ulubiony obiad. Mam nadzieję, że dla mojego syna ten dzień zawsze będzie wiązał się z myślą o tym, że fajny ten jego Tata. I nigdy nie będzie musiał rozumieć znaczenia tego czerwcowego kalendarzowego przesłania.
Ja je rozumiem. Jako duża dziewczynka, rodzic, już nie wkurzam się aż tak bardzo, że Tata to nie to samo co ojciec. Właściwie mam to w nosie, bo mam szczęście, mimo niejednoznaczności tych słów, mam Tatę, wspaniałego człowieka, który nauczył mnie wielu rzeczy, dał mi wrażliwość, pokazał kim warto być, a w kogo lepiej się nie wcielać. Niejednokrotne dał mi kopa, kiedy tego potrzebowałam i głaskał mnie po głowie kiedy tylko to mogło mi pomóc. Chyba nigdy nie będę umiała nazwać tego co czuję kiedy przychodzi Dzień Taty i uświadamiam sobie jak niesamowitym człowiekiem jest ten mój Tata. Nigdy nie będę umiała przeprosić za nastoletnie zbuntowane „nie jesteś moim ojcem” i durne fochy. Za to, że tak późno do mnie dotarło kim jest ten mój Tata.
Dziękuję Ci Tato, że nie jesteś moim ojcem, bo mógłbyś być nieobecny i szorstki. Dziękuję, że zawsze stawiałeś nas na pierwszym miejscu, dzięki Tobie jesteśmy kompletni jako dzieci, dzięki Tobie wiemy jakimi rodzicami chcemy być. Dziękuję, że zawsze jesteś, mimo że widujemy się rzadko i czasem możemy nie rozmawiać przez wiele dni. Ale zawsze jesteś.
Wszystkim Tatom życzymy dziś wielkiej radości z tej roli jaką przyszło im odgrywać, dumy z bycia jedną z dwóch najważniejszych osób dla swoich dzieci. Chciejcie być coraz lepsi dla tych małych ludzi, bądźcie tacy, żeby w przyszłości chcieli być takimi rodzicami jak Wy, żeby czuli dumę na myśl kto jest ich Tatą.
Ja czuję. I Młody też poczuje.
Z okazji Dnia Taty zaczął mówić przy Tacie „tata”.

jeznat_tata02
I bądźcie w tym wszystkim szczęśliwymi ludźmi.

#21

#20

Od kiedy Młody jest mobilniejszy niż grzecznie leżące dziecię, mniej więcej pół świata pyta mnie czy się nie boję, że rozwali sobie kolana/głowę/ręce/cokolwiek o kamienie (do niedawna nie mieliśmy żwiru na podwórku, tylko zwykły, gruby, górski kamień, który nie ułatwiał chodzenia dorosłym, a co dopiero szkrabom), że wbiegnie pod konie, że wsadzi łapkę do świnek albo wlezie między krowy, które nie wiedzą, że nie można łazić po ludziach. Do tego zagrożenia takie jak chaszcze, pokrzywy, maliny, jeżyny, koty i wielki pies, a w domu kamienna podłoga, kominek, piec, schody, balkon, taras z kamienia… sama zgroza.

jeznat_siano01

I tak, na początku się bałam, nakręcałam się wszystkimi pytaniami, czułam się jak naprawdę zła i nieodpowiedzialna matka, która robi wszystko żeby uszkodzić swojego pierworodnego. Każde potknięcie i upadek przypisywałam swojej niezdarności (bo fakt, że Młody uczy się poruszać po świecie nie ma z tym nic wspólnego przecież), słuchałam wywodów o tym ile krzywdy może sobie zrobić bawiąc się widelcem przy jedzeniu i jak bezmyślnie pozwalamy mu pić z „dorosłego” kubka. O niemrawych reakcjach na zbieranie chrupek kukurydzianych z dywanu nie wspominam.

jeznat_siano02

Młody ma teraz etap szybkiego wzrostu, potyka się o swoje nogi, zahacza o wszystko łapkami, nie wpasowuje się ze wzrostem (wszak dwa tygodnie temu wchodził pod ten stolik, to dlaczego teraz mu przeszkadza głowa, hę?). I najwięcej niebezpiecznych zdarzeń ostatnich dni miało miejsce nie w naszym gospodarstwie pełnym pułapek, tylko w mieście. Przez chwilę zastanawiałam się jak radzą sobie mamy mające do dyspozycji wyłącznie miasto, bez opcji własnego, odgrodzonego od świata podwórka, bez przerwy walczące z samochodami, kostką brukową i obcymi ludźmi.

Zdrowy rozsądek jednak podpowiada mi, że człowiek (i mały, i duży) wspaniale dostosowuje się do warunków w których przyszło mu żyć. I pewnie będę miała kłopot z nauczeniem Młodego, że przechodzimy przez ulicę po pasach, nie wbiegamy na asfalt i musimy trzymać mamę albo tatę za rękę w czasie spaceru. Tak jak mamy odwiedzające nas będą miały kłopot z wyjaśnieniem swoim maluchom dlaczego nie można dotykać szyby kominka czy tulić się policzkiem do pieca. Na szczęście ci mniejsi ludzie naprawdę szybko się uczą.

I żeby było jasne, pewnie że dostaję palpitacji serca kiedy mój syn postanawia wleźć z garstką siana między stadko koni, ale nie daje się zwariować. Lepsze stadko koni niż środek autostrady.

A Ty? Podchodzisz z dystansem do swojego strachu przed światem, czy najchętniej zamknęłabyś swoje dziecko w czterech ścianach a na dwór (tylko ten z miękką gumą na ziemi i certyfikowanymi zjeżdżalniami) wypuszczałabyś wyłącznie w ochraniaczach, gdyby się tak dało? A może masz jakiś złoty środek?

jeznat_siano03

Czytasz Jeża? To daj znać, poślij go w świat, niech inni też coś mają z (wiejskiego) życia.

#20

#19

Mimo, że żyjemy w XXI wieku, a macierzyństwo nie jest już (aż tak) rzeczą publiczną, młode matki i tak wpadają pod ostrzał jeśli coś robią inaczej niż należy (czy inaczej niż wszyscy mówią, że tak należy). Najczęściej obrywa nam się za ubiór, metody usypiania i uspokajania oraz sposób karmienia. Bo przecież dobra matka karmi piersią a wyrodna podaje mleko modyfikowane. W tym czarno-białym świecie nie ma matek takich jak ja – karmiących butelką z własnym mlekiem.

Już nie karmię Malucha, ale ten temat mnie prześladuje bo zastanawiam się jak będzie z Anią. I właściwie nie będę płakać, jeśli okaże się że będzie dokładnie jak z Młodym.

Terror karmienia piersią dopadł mnie przez kłopoty okołoporodowe Malucha. Nie mógł być przystawiany do piersi przez kilka pierwszych dni, a jak już nauczył się ssać, traktował to jako fajne hobby, nie formę karmienia. Na szczęście jeszcze w szpitalu trafiłam na niesamowitą położną, która od razu wsadziła mi laktator w rękę i kazała ściągać mleko („nieważne jak podane, skoro masz swoje mleko i chcesz karmić, to dawaj je butlą”). Pani Marysia była jedna, a tych, którzy widzieli w takim sposobie karmienia matczyną porażkę było wielu. Nawet moja Mama, która pewnie nie raz mało nie odgryzła sobie języka hamując się przez rzucaniem „dobrymi radami” (mam farta mieć Mamę z tych, które doradzą dopiero jak się je spyta o poradę, możecie mi zazdrościć) kilka razy zwątpiła w to czy to jest dobry pomysł. Położna środowiskowa na siłę wciskała mi nakładki na sutki. A ja uważałam, że beznadziejna ze mnie matka, zamartwiałam się, umartwiałam, płakałam z Młodym i czułam się fatalnie.

A teraz wiem, że nikt nie miał prawa mnie oceniać. Znam mamy, które czuły się źle karmiąc piersią, lub zwyczajnie tego nie chciały robić i od razu przerzucały się na sztuczne mleko. Znam takie, które doprowadzały swoje piersi do katastrofy walcząc o zassanie piersi i cierpiały przy każdym karmieniu aż do ukończenia przez szkraba roku, bo tak trzeba. I znam siebie, matkę karmiącą inaczej, która po nocach czytała z laktatorem przy piersi, żeby Młody miał śniadanie, obiad i kolację. I każda z nas robiła to dla swoich dzieci. Każda podjęła taką a nie inną decyzję.

Każdy sposób karmienia ma swoje plusy i minusy, każda mama wie co jest najlepsze dla jej szkraba (nawet jak ciocie dobre rady twierdzą inaczej). Ja znalazłam swój złoty środek w kamieniu naturalnie butelką. Udało mi się tak dogadać z produkcją, że ściągałam mleko dwa razy dziennie – wczesnym rankiem i wieczorem przed snem. Pewnie, że produkcja stawiała swoje warunki i jak nie wyrobiłam się na wieczorne ściąganie mleka, to umierałam z bólu piersi, czasem miałam przestoje i walkę o każdy mililitr, ale się nie poddawałam. Do 9 miesiąca Młody pił wyłącznie moje mleko. I jestem dumna z tego, że udało mi się znaleźć wyjście z sytuacji zapowiadającej mini dramat. Gdybym słuchała wszystkich dookoła, gdybym dała się przekonać, że mój sposób karmienia jest beznadziejny, albo płakałabym przy każdym przystawieniu do piersi (i pewnie szybko bym z tego zrezygnowała) albo od początku przeszłabym na mleko modyfikowane.

Nie bójmy się korzystać z wynalazków, które zostały stworzone żeby ułatwiały nam życie. I nie dajmy się przekonać, że tylko to co robiły nasze babcie i mamy, to jedyna słuszna droga na odchowanie super zdrowych i fajnych dzieci. Szukajmy swojej drogi (również tej mlecznej).

jeznat_szama01jeznat_szama02jeznat_szama03

Lubisz Jeża? To daj mu o tym znać i pokaż go innym. Każdy odzew, polubienie czy przesłanie bloga dalej sprawi nam wielką radość.

#19

#18

Macierzyństwo jest świetną przygodą. Jest niesamowitym wyzwaniem, fajną zabawą, ale też ciężką pracą. Ostatnio w naszym rankingu mamy dużo ciężkiej pracy. Pewnie, że jest mnóstwo radości i uśmiechu, ale jest ciężej niż rok temu, kiedy Młody zajmował się głównie spaniem, jedzeniem i płakaniem.

jeznat_krk01

Większość moich rówieśników jest z pokolenia wychowywanego twardą ręką. Większość z nas ma wzorce radzenia sobie w trudnych sytuacjach z pomocą ręki (w lżejszych przypadkach) lub pasa (w tych bardziej radykalnych) i krzyku. Patrząc na znajome młode rodziny widzę, też że większość z nas raczej nie ma planu kultywowania tradycji i sięgania po te same rozwiązania. Ale każdy z nas dochodzi w pewnym momencie do etapu w rozwoju naszych maluchów, kiedy zaczyna się wychowanie w pełnym wymiarze i wtedy weryfikujemy nasze przekonania, nauki i to co pamiętamy z własnego dzieciństwa.

My weszliśmy właśnie na ten level. Ten, w którym Młody rozumie bardzo dużo, jeszcze więcej usiłuje przetestować, bada granice i możliwości. Głównie granice ignorowania tego co słyszy. Oczywiście, nie twierdzę że rozumie każdą prośbę czy zakaz. Ale rozumie bardzo dużo. I od kiedy staję na rzęsach żeby nie zwariować, nie rozpuścić wymuszacza i nie popełnić zbyt wielu głupich błędów, coraz częściej myślę o metodach i możliwościach kontrolowania sytuacji.

jeznat_krk02

Jeszcze nie nadszedł moment kiedy mogłoby mi przyjść do głowy strzelenie klapa w pupę czy szarpanie Młodego  i mam nadzieję, że taka myśl nie pojawi się nigdy. Ale obserwując innych rodziców na placach zabaw, w sklepach, w parkach, zupełnie obcych ludzi, widzę że to nadal bywa naturalną koleją rzeczy. Taki łańcuch: maluch chce gdzieś odbiec – szarpnięcie za rękę, maluch płaczem sygnalizuje, że bardzo chce coś zrobić – klaps z komendą „przestań beczeć”, albo też szarpnięcie. Można by tak wymieniać bez końca.

Na początku maja byliśmy w Krakowie na badaniach z Anią. Pogoda nam dopisała, więc cały wolny czas spędziliśmy w sporym parku z kilkoma placami zabaw, fontanną i wielkim trawnikiem. Rano, przed pierwszą moją wizytą u lekarza i odebraniem Babci z dworca (ratowała nam skórę ta nasza Babcia) pojechaliśmy do tego parku zjeść porządne śniadanie. Traf chciał, że eksplorację zaczęliśmy od placu zabaw z drewnianym zamkiem i fontanną. Młody, jak tylko wyczaił fontannę i zobaczył, że można do niej podejść, zaczął łapać tryskające prosto z ziemi strumienie wody. Oczywiście, że było już całkiem ciepło, ja miałam w wózku komplet ciuchów na zmianę (mam zawsze, bo znam mojego syna) i wiedziałam że mogę mu na takie zabawy pozwolić. I oczywiście, że ganiałam tam razem z nim, żeby nie wymyślił ucieczki z terenu placu zabaw (zamykanie bramek nie jest mocną stroną przechodniów) i żeby go ratować jakby się poślizgnął. I oczywiście, że oberwało mi się od przypadkowej babci, która była na porannym spacerze z dwójką wnuków, którzy widząc Młodego biegającego między strumieniami wody, chcieli zrobić dokładnie to samo. Chłopcy byli starsi od Młodego, mówiący, więc możliwy był z nimi konstruktywny dialog. A jednak babcia uznała, że lepiej jest wydać komendę zakazującą zbliżania się do fontanny zabarwioną wizją wymyślnej kary (typu zakaz wychodzenia na plac zabaw, czy coś takiego). Na dokładkę postanowiła skomentować mnie i moją nierozważność lub nawet lekkomyślność.

jeznat_krk03

Obyło się bez szarpania i klapsów, przynajmniej przy mnie, ale i tak dało mi to do myślenia. Chcę być rodzicem, który tłumaczy, rozmawia, pokazuje. Chcę szukać rozwiązań i możliwych kompromisów z moimi dziećmi. Nie chcę ślepo wykorzystywać mojej przewagi, bo jestem starsza, większa i do tego matka. Chcę być takim rodzicem, żebym mogła śmiało powiedzieć „fajnie byłoby być własnym dzieckiem”.

jeznat_krk04

jeznat_krk05

jeznat_krk06

Daj znać czy Ci się podobało, a jeśli tak, to  dziel się naszym blogiem i facebookiem z innymi – to nas motywuje! 

 

#18