#22

Termin Ani zbliża się wielkimi krokami. A koniec ciąży niepokojąco przypomina mi to co działo się 18 miesięcy temu. Wszystko co było później skłoniło mnie do podjęcia decyzji o miejscu drugiego porodu.

Młody był dzielnym maluchem, który w pewnym momencie przestał przybierać na wadze, wyskoczył za nawias hipotrofii i miewał lepsze lub gorsze wyniki badań okresowych. Na tyle często byłe lepsze, że nikt się tymi gorszymi nie przejmował, aż do KTG na 4 dni przed terminem porodu. Wtedy wszyscy się przejęli.

jeznat_stopy01

Całą ciąże prowadziłam w prywatnych rękach, ale postanowiłam ostatnie KTG przeprowadzać w szpitalu w którym chciałam rodzić (żeby już wiedzieli że będą mnie mieć u siebie).

30 grudnia leżałam pod KTG prawie dwie godziny, Maluch rano się wiercił, na badaniu już był spokojny, szybka konsultacja z panią doktor, która spokojnie mnie spytała czy może ktoś mnie podwieźć na izbę przyjęć (kiedy spotkałyśmy się na kontroli po wyjściu ze szpitala już mogła mi powiedzieć, że to KTG uratowało mojego syna, wtedy jej spokój uratował mnie).

Na izbie przyjęć szybkie badanie, niedowierzanie lekarza przyjmującego mnie na oddział, że nikt nie zareagował 3 tygodnie wcześnie i szybka decyzja – z porodu naturalnego nici.

jeznat_stopy02

Wiecie co pamiętam z tych wydarzeń? Mój strach, wielką niewiedzę i przerażenie, bo nie miałam wpływu na nic, nie mogłam ani pomóc, ani zaszkodzić. Po prostu leżałam. Pamiętam też wspaniałą Położną, która mnie uspokajała, niesamowitego anestezjologa (o doktorze Langie krążą już legendy) bez którego musieliby mnie chyba wprowadzić w stan całkowitej narkozy. Pamiętam jak pediatra podfrunął do mnie ze stópkami Juniora żebym mogła je pocałować. I jak później na salę pooperacyjną przynieśli nam tę kruszynkę na chwilę. Wtedy nie wiedziałam, że następny raz kiedy wezmę mojego syna na ręce będzie za kilka dni.

Miałam szczęście, w moim szpitalu jak tylko było wiadomo, że nie mogę mieć malucha przy sobie, mogłam spróbować szybciej się uruchomić (chociaż pani fizjoterapeutka mówiła, że to wcześnie, ale dałam radę). Po cięciu trafiłam na salę z dziewczynami, których maluchy też stacjonowały na oddziale noworodkowym. Mimo wielkiej walki rozsądku z emocjami nie potrafiłam się zmusić żeby zejść do ukochanego syna bez Seniora, aż tu nagle pojawiła się pani Marysia – cudotwórca od laktacji, która powiedziała prosto: nie możesz wziąć malucha na ręce, ale możesz mu dać swoje mleko. Dzięki niej zaczęłam latać z buteleczkami pełnymi brzoskwiniowego jedzonka co 2h. Nawet w Sylwestra, równo o północy, mogłyśmy przywędrować do naszych małych bohaterów.

Jak tylko Maluch przeskoczył na antybiotyk podawany tylko w określonych godzinach, panie zajmujące się Szkrabami same namawiały do pielęgnacji, tulenia i prób przystawiania do piersi (a jak się nie udawało przystawić, to sama karmiłam butelką pełną mojego pokarmu).

jeznat_stopy03

Wtedy odrobinę zabrakło wygodnego fotela do kangurowania, o którego istnieniu nie miałam bladego pojęcia, ale opieka, wsparcie i fachowa pomoc, z którą się spotkałam pozwoliły mi wyjść z tego bez szwanku w postaci traumy, bez zbędnych stresów i niepotrzebnych niepokojów. Każda wątpliwość dotycząca mojego czy Młodego stanu zdrowia była rozwiewana, czasem po kilka razy (jeśli na obchodzie nie było Seniora, a ja bałam się że coś pominę), każda zmiana na oddziale noworodkowym była konsultowana, Ciotki dbały o to żebyśmy jak najszybciej mogli być razem (ale jeśli któraś z mam nie czuła się na siłach po CC i potrzebowała przespać noc, nie było problemu żeby maluszek spał pod czujnym okiem Pań Położnych).

Oczywiście, że mogłabym doszukać się jakichś niedociągnięć – że porcje jedzenia marne (chociaż nie marne, ja się najadałam i jedyne co zamawiałam z domu to kompot jabłkowy mojej mamy), że czasem na kogoś musiałam dłużej poczekać, albo długo stałam pod oddziałem noworodkowym czekając na otwarcie drzwi. Ale w obliczu tego jak świetnie się nami zajęto, to chyba byłoby głupie.

jeznat_stopy04

Nie wiem czy to jest standard Szpitala na Siemiradzkiego, inne mamy które tam rodziły i nie miały żadnych powikłań mają różne opinie, od neutralnych po pozytywne (nie znam negatywnych). Mamy, które urodziły wcześniaków, słabeuszy czy chorowitków są zadowolone. Martwi mnie, że jest tak niewiele miejsc, mimo XXI wieku, w których młode mamy mogą liczyć na taką świetną opiekę, czy nawet są wypisywane po 3 dniach do domu, kiedy ich maluch zostaje w szpitalu na kolejne tygodnie (ze mną była dziewczyna, która na oddziale spędziła sporo ponad miesiąc, chociaż sama mogłaby wrócić do domu po 4 dobach).

Bardzo mnie ucieszyła akcja, którą wyhaczyłam u Matki Wariatki, i która jest obecna też u kilku innych blogerek. Akcja tworzenia Emostref – miejsc przyjaznych rodzicielstwu bliskości w, wydawałoby się, niesprzyjających warunkach. Zajrzyjcie na stronę, jeśli macie szpital który chcielibyście zgłosić, śmiało wysyłajcie namiary. Im więcej miejsc pozwalających na minimalizowanie stresu u maluszków i ich rodziców, im więcej przyjaznych stref, tym mniej złych szpitalnych wspomnień. Akcja dotyczy zarówno oddziałów noworodkowych jak i tych dziecięcych. Na stronie są też informacje jak możemy wspierać całą kampanię. My z Jeżem i małą Lisicą jesteśmy na tak.

jeznat_stopy05

Lubisz Jeża? Dziel się nami z innymi, lub nas i dawaj znać że czytasz!

Reklamy
#22

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s