#12

Ciąża. O ciąży każdy wie wszystko najlepiej, a im mniej brzucha się miało w swoim życiu, tym większą wiedzą się dysponuje. Przecież to jasne. A największymi ekspertami są bezdzietni i samotni mężczyźni, to już w ogóle prawda stara jak świat i nie wiem jak my, matki, możemy stawać wobec niej okoniem. Ale nie o narzekanie mi chodzi, nie dziś. Chodzi mi o to, że nie rozumiem, dlaczego tak wiele osób widząc moje obawy w stanie ciężarówki komentuje to w stylu: „przecież to twoja druga ciąża, czego się boisz?”. No właśnie, tego. Tego, że to moja druga ciąża.

jeznat_placyk01

A ja się boję milion razy mocniej niż w ciąży z Młodym, bo wiem czego mogę się bać. Wiem jakie mogą być komplikacje, jakie niespodziewane sytuacje. Jestem dużo ostrożniejsza, może nie widać tego kiedy szaleje na placu zabaw goniąc po zjeżdżalniach za Młodym, ale nie wsiadłam na konia od kiedy się dowiedziałam o małym lokatorze (w pierwszej ciąży jeździłam do 5. miesiąca), lepiej się odżywiam, śpię ile wlezie (z Młodym do 6. miesiąca z hakiem jeździłam do pracy 95 km w jedną stronę ), nie zaprzątam sobie głowy głupotami. W wielu sprawach mogę liczyć na Seniora, który odciąża mnie w mnóstwie spraw, jedyne o czym bankowo muszę pamiętać, to o sprawdzeniu zapasu mleka i pieluszek, resztą zajmuje się większa połowa naszej rodzicielskości.

Tak jak każde dziecko jest inne, tak samo pewnie jest z ciążami. Moja druga różni się diametralnie od pierwszej. Samopoczucie, tempo rośnięcia i przybierania na wadze, wszystkie okoliczności towarzyszące – wszystko jest inne. Część rozrywek, która mnie ominęła dwa lata temu, dopada mój organizm obecnie. Ale z drugiej strony na razie niewiele muszę zrzucać po ciąży.

jeznat_placyk02

I muszę Wam się do czegoś przyznać: wcale nie tęskniłam za brzuchem. Chciałam drugiego dziecka, to była nasza bardzo świadoma decyzja (co niektórym wydaje się niemożliwym „tak szybko? to chyba wpadka…”), ale nie tęskniłam za dodatkowymi kilogramami, słoniowatym krokiem i całą resztą. I teraz wiem, że nie mam co się bać w przyszłości trzeciej ciąży, bo będzie pewnie jeszcze inna niż te dwie razem wzięte.

Teraz nie mogę wyjść z zachwytu nad kopniakami panny Anny, która rozpoczęła sygnalizowanie książkowo i, jednocześnie, ponad 1,5 miesiąca wcześniej niż jej starszy brat. I cały czas nie do końca wierzę w tę ciążę, szczególnie jak patrzę na wyświetlacz wagi. I boję się dwa razy mocniej, chociaż myślałam, że już bardziej nie można się bać o drugiego człowieka.

 

Dobrnęliście do końca? Będzie mi bardzo miło jeśli podzielicie się naszą stroną z innymi, dacie znać czy się podobało albo zajrzycie na naszego Facebooka (tam dużo więcej Jeża). A najlepiej wszystko razem!

#12

#11

Święta, święta, wszędzie święta. No nie do końca wszędzie. U nas umiarkowanie neutralna atmosfera (tak to jest w nowoczesnych czasach kiedy ateiści i wierzący łączą się w pary ; ) ).

Od kiedy razem obchodzimy różne ważne i mniej ważne święta i uroczystości, wypracowaliśmy pewien kompromis. Taki, dzięki któremu wszyscy czujemy się dobrze. Ja, bo nie muszę się zmuszać do jakichś niezrozumiałych dla mnie konwenansów, Senior bo może uczcić to co dla niego ważne.

I tak, kiedy czytam wpisy znajomych (i nieznajomych) mówiące o hektolitrach żurku, tonach białej kiełbasy, jajek na milion sposobów i czort jeden raczy wiedzieć czego jeszcze,  przeliczam to na liczbę dni, czasem tygodni, których potrzebowałabym do przejedzenia tego u mnie w domu. I zastanawiam się po co ta cała spina…

Z lat panieńskich pamiętam tę przedświąteczną mobilizację – szorowanie okien, ogarnianie tego, co ja bałaganiara z krwi i kości hodowałam zawzięcie od poprzednich świąt, potem mamę w kuchni pracującą naprawdę ciężko nad stworzeniem przysmaków „tylko na tę okazję”, setki spięć i rozpięć, w efekcie stół uginający się od potraw i trzy dni jedzenia przysmaków świątecznych. I nie powiem, efekt był smaczny i dający pewną przyjemność, ale droga do niego bywała ciężka (szczególnie, że i ja lekką panienką nie byłam ; ) ).

swieta01_jeznat_01

Postanowiłam, z całą mocą i chęcią trzymania się planu, że u mnie w domu nie będzie tego napięcia. I wiecie co? Udało się. W końcu się udało, chociaż zajęło mi to kilka lat.

Nasze mieszane święta polegały w tym roku na pomalowaniu jajek z Młodym, zrobieniu kilku ciasteczek i ogólnym odprężeniu. Dziś rano chłopcy poszli razem do stajni, ja mogłam pospać bez widma śniadania nad głową, bo tego dnia śniadanie przygotowują panowie. Obiad miał być bardziej odświętny, ale jest tak ślicznie, słonecznie i wiosennie, że stanęło na grillu, bo lepiej nam siedzieć przed domem niż w domu  : )

swieta01_jeznat_02

Wychodzę z założenia, że wszystkie święta i uroczystości są dla nas, nie my dla nich. I nie ma sensu pozwalać na wpychanie się w samonakręcającą się spiralę przygotowań i planów. Zdecydowanie najważniejszy jest czas spędzany z najbliższymi, na wygłupach, spacerach, przejażdżkach konnych czy rowerowych. Ja nie chcę go marnować na złość i napiętą atmosferę, chcę się cieszyć każdą chwilą z moimi ukochanymi, bo wbrew pozorom, nawet u nas, ciężko o takie momenty oddechu.

Wspaniałych wiosennych dni Wa życzymy, nie dajcie się zwariować!

#11

#11

Wiosna. Pewnie jutro obudzę się w śnieżnym krajobrazie z temperaturą sięgającą -10 stopni, ale dziś była wiosna. Taka prawdziwa z jeszcze dość chłodnym powietrzem, ale przyjemnym słońcem, które bez przerwy robiło sobie z nas żarty.

Taka wiosna kiedy człowiek nabiera motywacji do zmiany czegoś w swoim otoczeniu, umycia okien i ogarnięcia zimowych butów.

jeznat_mlody01

My przemeblowaliśmy pokój Młodego (pokój, który jest na poddaszu, z ostrym skosem, gdzie pola do manewru jest tyle co kot napłakał, a my jeszcze ani razu nie mieliśmy dwa razy tej samej konfiguracji, jesteśmy dobrzy) i zaczęliśmy porządkować przyszły pokój Ani. Mój złoty syn przybiegał kruszyć czymkolwiek akurat tam gdzie właśnie odkurzyłam, a jak akurat nie kruszył to wywlekał chusteczki nawilżane pokazując mi jak świetnie można umyć nimi podłogę (jakbym sama nie wiedziała, toż jestem matką ; ) ).

I wiecie co sobie uświadomiłam przy tej krzątaninie? Że ten mały Szkrab jakby wydoroślał. Jeszcze trzy miesiące temu, czy może nawet miesiąc temu, mimo że naśladował to co sama robię, nie łączył tego jakoś specjalnie z okolicznościami. Dziś w pewnym momencie ja odkurzałam dywan, on wycierał kurze. Ja zmieniałam pościel, on układał zabawki. Ja chowałam pranie, on wyrzucał zużyte chusteczki (którymi sam ścierał kurze).

jeznat_mlody02

Potem z wielką powaga poustawiał przed domem swój sprzęt budowlany (ciągnik, koparkę i przyczepkę) i zgarniał piach w jedno miejsce. I doskonale wiedział czego chce w danej chwili, doskonale potrafił to wyrazić, doskonale sam starał się ten cel osiągnąć.

Kiedy nasze dzieci tak dojrzewają? Mam wrażenie, że jak tak szybko to się będzie działo, nim się obejrzę ten malutki chłopiec wyfrunie w wielki świat. Ale nie będę go zatrzymywać, wszak wychowujemy tych małych, mądrych ludzi właśnie dla świata, nie dla naszej zabawy.

#11

#10

Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Mieszkanie poza cywilizacją ma tych stron miliony. I dziś o tym – kilka moich prywatnych plusów i minusów. Ok, minusów i plusów :

  1. Wszędzie jest szalenie daleko – nawet na zakupy musisz jechać samochodem, o zumbie i chutonoszonej salsie możesz tylko pomarzyć (no chyba, że tańce z YT Cię satysfakcjonują), basen z Maluchem to wyprawa jak na wakacje a plac zabaw musisz zaplanować sobie kilka dni wcześniej, żeby mieć przygotowany obiad do odgrzania, chyba że masz opanowaną zdolność bilokacji do perfekcji. Ja nie mam, jeszcze.
  2. Brak bezpośredniego kontaktu z ludźmi – szczególnie jeśli wprowadzasz się do malutkiej społeczności z zewnątrz. Pierwszy wyraźny komunikat jaki otrzymałam mieszkając tu kilka tygodni, to wyraz szczerego niezadowolenia autochtonów: „pani wie, że tutaj ludzie nie lubią obcych?”. I pal licho, że Senior jest z tych rejonów. Do tego mieszkamy mocno na uboczu, tu naprawdę nie ma zbyt wielu ludzi, o ludziach wartych zaufania i sympatii nie wspominając. Na szczęście są internety i telefony, znajomi znają współrzędne GPS a i my bywamy w większych ośrodkach miejskich (wszak lubimy podróżować : ) ).
  3. Musisz umieć się organizować – co w moim przypadku jest największym przekleństwem, bo ja i zorganizowanie to dwie galaktyki oddalone od siebie o jakichś milion lat świetlnych. A sytuacja wygląda tak: zapomnisz sprawdzić czy masz jeszcze pieluchy, nie kupisz ich na zapas, orientujesz się o 20, że nie starczy ci ich do rana (serio, zdarza się). W najlepszym przypadku musisz jechać 20 km do najbliższego sklepu z waszymi pieluszkami. Zupełnie pomijam niespodziewane wypady dokądkolwiek bez przygotowanego obiadu wcześniej. Ja wiem, że z pojawieniem się małego dziecka kończy się spontaniczność, ale żeby aż tak? ; )

jeznat_plusminus01

Brzmi średnio, nie? To teraz jasne strony:

  1. Wszędzie jest daleko – tak, tak, to też plus. I to duży. Nie marnujemy czasu na szwendanie się po centrach handlowych, nie trujemy się spalinami (bo mamy daleko), nie potrzebowaliśmy gondoli w pierwszych miesiącach życia i właściwie gdyby nie wypady do miasta spacerówka też byłaby zbędna. Prawie w ogóle nie mamy styczności z paniami-dobra-rada, które są od nas daleko i nie musimy słuchać o tym jak źle się żywimy, wychowujemy i kochamy. Dzięki temu, że wszędzie jest daleko my jesteśmy bardzo blisko, a to nam pasuje.
  2. Kreatywność to podstawa – nie masz placu zabaw, nie masz bawialni w deszczowe dni, nie preferujesz zajmowania dziecka bajkami czy tabletami – musisz się wykazać kreatywnością. U nas nie ma miejsca na nudę, w gospodarstwie zawsze jest coś do zrobienia, jeśli akurat nie planowaliście niczego wielkiego na popołudnie, to znając życie wyklują się pisklaki albo urodzi owieczka i już znajdują się zajęcia. A jeśli akurat nic takiego się nie dzieje, to wymyślasz, wymyślasz i jeszcze raz wymyślasz. Nasz Młody nie wygląda na zanudzonego, mimo że od kilku dni dominują chmury deszczowo-śnieżne, oględnie mówiąc jest nieciekawie, Młody rwie się na podwórko. A ja wymyślam trasy (modyfikowane przez Pierworodnego), zadania (ostatnio naśladowaliśmy tatę, on dużym ciągnikiem, my malutkim ; ) ) i towarzystwo (pies, koty, a może dziś końskie pastwisko? ).
  3. Spokój, wielki spokój – czasem myślę, że mamy w miastach mają łatwiej, bo blisko wszędzie i atrakcji dla maluchów od groma, ale po dniu spędzonym w mieście cieszę się , że wracamy na nasze pustkowie. Cenię ten spokój, brak gonitwy za wszystkim, pewne ramy, których trzeba się trzymać bo inaczej zostanie się bez pieczywa czy owoców (bo na wsi jest jak kiedyś w sklepikach na osiedlu, w sobotę tylko do 12 toczy się życie, chleb kupuje się prosto z pieca koło 17-18, jabłka przywożą w czwartek a najlepiej podjechać do sadu, ale to w sobotę po południu : ) ). Wszystko ma swój czas i miejsce. Można poczuć się bezpiecznie.

jeznat_plusminus02

Mogłabym mnożyć te „za i przeciw”, czasem bywa uciążliwie, ale za nic nie oddałabym tego naszego zwieśniaczenia. I mam nadzieję, że Młody będzie rósł w tym swoim dziecięcym zachwycie i radości obcowania z masą fajnych zwierząt. I że doceni ten spokój, ład i bezpieczeństwo, którym staramy się otaczać codziennie.

A jak jest z Wami? Za co lubicie swoje miejsce do życia?

 

Jeśli podoba Ci się jak i o czym piszemy, daj znać! I podziel się nami, niech inni też coś z nas mają 🙂

 

#10

#9

Lubimy podróżować, to nie tajemnica. Pewnie, w głównej mierze,  wynika to z naszej lokalizacji, wszak wszędzie mamy daleko i od małego Młody wszędzie podróżował. Od podróży do domu ze szpitala (bagatela półtorej godziny w śnieżycy : ) ) przez wizyty kontrolne u specjalistów rozsianych w promieniu stu kilometrów po odwiedziny u dziadków na drugim końcu Polski. Na szczęście nikt w podróży (za bardzo) nie marudzi.

Ostatnią naszą wycieczką było odwiedzenie interaktywnej wystawy Miasteczko Zmysłów organizowanej przez babyOnline. Obiecaliśmy relację, to relacjonujemy.

miasteczko01_jeznat

Jak tylko usłyszałam o tej imprezie, dowiedziałam się u źródła czy taki mały maluch jak nasz Młody będzie miał co tam robić. Wszak zdobycze nauki i prawa fizyki nie brzmią zbyt dobrze w zestawieniu z czternastomiesięcznym szkrabem. Znajomy będący częścią ekipy Miasteczka zapewnił mnie, że będziemy mieli co robić. I rzeczywiście, nie zawiedliśmy się.

miasteczko02_jeznat

Część eksponatów była zdecydowanie ciekawsza dla nas, starszaków, ale były też hity dla Młodego.

miasteczko03_jeznat

Jednak w naszym przypadku wygrał kącik zabaw. Może nie było szalenie dużo punktów do odwiedzenia, nam to jednak w zupełności wystarczyło żebyśmy spędzili na świetnej zabawie prawie 3 godziny. Oferta plastyczna była na tyle szeroka, że znalazło się coś dla Młodego (piasek kinetyczny!) i dla starszych dzieci (farby, brokaty, różne faktury, nic tylko się kreatywnie brudzić : ) ). U nas na pierwszym miejscu znalazły się basen z kulkami i rzeczony piasek kinetyczny.

miasteczko04_jeznat

miasteczko05_jeznat

Nasze Miasteczko było ostatnim na tegorocznej trasie, ale liczę że w przyszłym roku akcja się powtórzy, bo wiem, że nie tylko Młody będzie się świetnie bawił (już część eksperymentów będzie sam mógł przeprowadzać : ) ) ale i półroczna Ania się nie zanudzi.

(za zdjęcia dziękujemy cioci Ali, przepraszając jednocześnie za ich mierną jakość, ale niestety nasz staruszek [aparat, nie ciocia] niespecjalnie sobie radzi przy sztucznym świetle)

#9

#8

Jak często patrząc na miesięczną kruszynkę w swoich ramionach rozmyślaliście o tym jak to będzie, kiedy zacznie raczkować, chodzić, mówić, samodzielnie jeść i się bawić? Ja miałam odwrotnie, często myślałam o tym, że chciałabym żeby czas się zatrzymał na chwilę, żeby mój mały szkrab jak najdłużej był moim małym szkrabem.

Rok temu patrzyłam na pierwsze uśmiechy Młodego, już ładnie trzymał główkę, świetnie nam się spacerowało w chuście i nosidełku, on całe dnie spędzał na jedzeniu, leżeniu i słodkim wyglądaniu. Dziś, w momencie kiedy piszę ten wpis, Młody roznosi pokój, sam włazi na stolik do rysowania (na szczęście sam też z niego schodzi nie spada), zbiera kredki z podłogi i rysuje trochę po kartce, trochę po blacie (ale od czego jest stolik do rysowania? : ) ).

jeznat_rosne01

Nie zamieniłabym żadnej chwili z nim spędzonej na przyspieszenie zdobywania nowych umiejętności, które trochę mnie wyręczą w codziennych sprawach, pewnie że czasem chciałoby się móc ubierać kurtkę równocześnie z Młodym, żeby nie spocić się jak mysz, ale z drugiej strony on za chwilę będzie na mnie burczał, że przecież sam umie. I już nie będzie potrzebował tej mojej pomocy.

jeznat_rosne02

Lubię być potrzebna temu małemu odkrywcy. Chociaż od dziś już nie będzie potrzebował mojej pomocy w zapalaniu światła (opanował to już do perfekcji – chwała nauce za wynalezienie żarówek ledowych!), piciu z kubka i wyjmowaniu ubranka z komody – nasze zdobycze umiejętności na dziś.

A jak było albo jest z Wami? Czekacie z utęsknieniem na nowe kroki milowe, czy cieszycie się każdą chwilą tej słodkiej i potrzebnej nam wszystkim nieporadności?

#8

#7

Czasem są takie dni, kiedy czuję, że jestem najgorszym rodzicem na świecie. Podświadomie wiem, że bywają gorsi, ale to nie o to chodzi, żeby się do kogokolwiek porównywać. Tu chodzi o to co sama czuję.

jeznat_rodzic01

Jeden z takich dni był wczoraj, Młodemu wyczerpały się baterie, bo słońca nie widzieliśmy od naprawdę dawna,mi akumulatory padły już jakiś czas temu, nic nie wychodziło jak sobie zaplanowałam, i nastał czas histerii. Tak, histerii o wszystko. O to, że kubek źle stoi, że siedzimy na kanapie, nie siedzimy na kanapie, bawimy się samochodem zamiast układać klocki, ale klocki właściwie też są do bani. Histeria, bo drzwi są zamknięte, bo matka nie bierze na kolana, bo matka bierze na kolana, bo tata wyszedł, bo tata wrócił, histeria dosłownie o wszystko. I ja wiem, że takie prawo malucha, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że może tak chwilę być, ale nikt mnie na to nie przygotował. Mój syn jeszcze tydzień temu by aniołkiem nie robiącym awantury w sklepie, a wczoraj doprowadził mnie do łez bezsilności.

Nie wiem czy wszystkie dzieci tak mają, pewnie tak. Pewnie takie prawa rozwoju i poznawania świata. Tylko dlaczego nikt o tym nie mówi? Pewnie, wszyscy rozprawiają o buntach dwu-, trzy-, czterolatków, o tych walkach w sklepie bo dziecko błaga o balonową gumę do żucia, ale nikt nie mówi o tych maluchach, które właściwie niczego nie wymuszają, nie zwracają naszej uwagi bo potrzebują więcej bliskości (wszak jesteśmy z nimi bez przerwy, i pisząc z nimi mam na myśli prawdziwe bycie z dzieckiem, nie bycie w tym samym pomieszczeniu kiedy ono zajmuje się sobą), prawdopodobnie dają do zrozumienia że one chcą już być samodzielne.

jeznat_rodzic_02

Wczoraj Młody wszedł na schody, stanął blisko włącznika lampy, włączył światło i popatrzył na nas z taką wielką dumą, że umie sam. A ja pomyślałam, że chyba nadszedł ten czas, kiedy mój mały kotełek zaczyna dorastać. Ale to dobrze, będzie świetnym starszym bratem : )

#7